Archiwum sierpień, 2004

Klasyk Kłodzki 2004

13-15 sierpnia 2004

Od maratonu w Kłodzku minęło już kilka dni, jednak dopiero teraz znalazłem chwilę wolnego czasu, żeby napisać kilka słów o tych bardzo emocjonujących zawodach. Zacznę od moich przygotowań do tej imprezy. Po doświadczeniach z gorzowskiego maratonu postanowiłem więcej czasu poświecić treningowi, przejechać więcej kilometrów niż przed maratonem w Długich. Musiałem poprawić jazdę pod górę, gdyż ostatnimi czasy jest to moja słaba strona L Wraz z kolegami przejechałem masę kilometrów na tzw. pętlach w Buchałowie. Są tam dwa podjazdy, które myślę nieźle nadają się do treningu. Co prawda nie równają się z prawdziwymi górami, ale to i tak coś J .

13.08.2004r.

Na maraton w Kłodzku wyjechałem razem z rodzicami 13 sierpnia około 7 rano. Zapowiadał się ładny dzień, więc jechało się nieźle. Po drodze zwiedziliśmy jeszcze Sanktuarium w miejscowości Bardo i przez Kłodzko udaliśmy się do Lądka, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg w jednym z gospodarstw agroturystycznych. Na miejscu byliśmy około godzimy 13 (w piątek 13 J ). Po rozpakowaniu wszystkich rzeczy i po krótkiej drzemce wybrałem się na trening. Przejechałem około 30 km zwiedzając okolice Lądka. Jechało się całkiem dobrze, przygrzewało ładnie słońce. Miałem tylko nadzieję, że taki stan utrzyma się do dnia następnego, kiedy to miałem wystartować w Klasyku Kłodzkim. Prognoza pogody mówiła jednak coś innego. Po powrocie na kwaterę zjadłem kolację i pojechaliśmy do Kłodzka, gdzie o godzinie 20.00 w sali miejscowego OSIRU odbyła się odprawa techniczna. Wcześniej zarejestrowałem się u organizatorów i otrzymałem CHIP przy pomocy którego był mierzony czas każdego zawodnika. Na odprawie zapoznaliśmy się z organizatorami J i z trasą oraz z przeszkodami, które mogą nas spotkać podczas jazdy. W kilku miejscach nastąpiła zmiana wcześniej ustalonej trasy, więc trzeba było uważać , żeby niczego nie przegapić. Zapowiadał się ciekawy maraton. Każdy uczestnik przeżywał już swój start, rozmowom i komentarzom na temat trasy, kondycji i pogody nie było końca. W gronie zawodników, którzy przybyli na tą odprawę zauważyłem kilku znajomych z poprzedniego maratonu, w którym brałem udział (w Długich). Po zakończeniu każdy udał się na nocleg. W Lądku byłem około godziny 22. Szybko poszedłem spać, żeby następnego dnia mieć dużo siły do jazdy.

14.08.2004r.

Pobudkę zaplanowałem na godzinę 7.00 Startowałem w grupie II, czyli o godzinie 9.05, więc 2 godziny na wyszykowanie się i dojazd do Kłodzka powinny wystarczyć. Po przebudzeniu się wyjrzałem za okno, a tam chmury i deszcz L. Pomyślałem, że jak na złość musi padać, a podobno przed naszym przyjazdem przez kilka dni była ładna pogoda. Ale co zrobić na szczęście nie było zimno- około 20 stopni. Po śniadaniu spakowałem rower do samochodu i udaliśmy się do Kłodzka. Po drodze cały czas padał deszcz, a ja cały czas zastanawiałem się, co się będzie działo na trasie. Start w Kłodzku zaplanowano na rynku obok ratusza. Po krótkim błądzeniu J (problem ze znalezieniem rynku) około godziny 8.40 byłem już na starcie. Skorzystałem jeszcze z serwisu, dopompowałem koła i wyregulowałem przerzutki, bo dzień wcześniej podczas treningu zauważyłem, że coś mi tam zgrzyta. Po krótkiej naprawie wszystko było już ok. Miałem nadzieję ze podczas maratonu nie przyda mi się już ten serwis na kółkach, który jechał za zawodnikami. Szybko się ubrałem zapakowałem do kieszonek batony i dodatkową koszulkę z długim rękawem i stałem gotowy do jazdy. Okazało się, że jadę w jednej grupie z Panem Mirkiem z Zielonej Góry. Chwilę pogadaliśmy i trzeba było się ustawiać na linii startowej. Przed odjazdem wyczyściliśmy pamięć CHIPA wkładając go do specjalnej BAZY. Później krótkie odliczanie i startujemy. Deszcz przestał padać i drogi trochę podeschły. W mojej grupie było 10 zawodników. Niektórzy ostro ruszyli do przodu. Część (w tym ja) jechali spokojnie, bo trzeba było się dobrze rozgrzać, a po drugie trasa była trudna wiec nie było co się rwać do przodu. Kluczową role w tym maratonie jak i w innych odgrywa odpowiednie rozłożenie sił.

Po około 3 kilometrach pierwsza przeszkoda J - Przełęcz Bardzka. Około 3 km podjazd nie dał się jednak zbytnio we znaki, bo ze świeżym zapasem sił każdy pokonywał go bez większych problemów. Zaczęliśmy jednak mijać już pierwszych maruderów z wcześniejszej grupy, która wystartowała 5 minut przed nami. Zauważyłem też Pana Jana Ambroziaka ze Słubic niezmordowanego uczestnika maratonu, którego można śmiało stawiać za wzór dla niektórym sportowcom J. Za Bardem mieliśmy skręcać w lewo na Srebrną Górę, jednak niektórzy z rozpędu przegapili zjazd i widzieliśmy jak wracali się na właściwą drogę. Za skrzyżowaniem mieliśmy do pokonania około 10 km odcinek płaskiej drogi, jednak przeciwny wiatr trochę utrudniał jazdę. Wcześniej zdjąłem pelerynkę przeciwdeszczową, bo zrobiło się gorąco przez co zostałem trochę z tyłu za czteroosobową grupka. Jednak przydusiłem trochę mocniej i po pewnym czasie jechałem już w małym peletonie. Zbliżaliśmy się coraz bardziej do pierwszego ciężkiego podjazdu pod Przełęcz Srebrną. Nie był on może długi, ale stromy (około 8,6%). Jeszcze przed Srebrną Góra od grupki, w której jechałem odłączyło się dwóch zawodników. Jechałem z Panem Mirkiem dosyć spokojnie oszczędzając siły na podjazdy. Zaczęło trochę padać, droga zrobiła się mokra i śliska. Pod samym podjazdem spotkaliśmy znowu dwóch uciekinierów z naszej grupki, którzy ubierali pelerynki przeciwdeszczowe, Ja postanowiłem jechać tylko w koszulce z krótkim rękawem, gdyż było mi ciepło, a podczas jazdy pod górę zgrzałbym się jeszcze bardziej. Wreszcie zaczęła się wspinaczka.

Momentami zdawało mi się, że nie dam rady dalej jechać droga prowadziła jakby pionowo pod górę. Stawałem na pedały i powoli wtaczałem się na szczyt. Prędkość momentami spadała do 9 km/h. Nie przeszkadzał mi już padający deszcz, który nawet czasami przyjemnie orzeźwiał, aż wreszcie na chwile przestało padać. Gdy skończył się podjazd i zaczęliśmy jechać w dół byłem nawet zadowolony, gdyż czułem siłę w nogach, ale przede mną było jeszcze kilka ciężkich podjazdów wiec lepiej było nie szaleć i nie narażać się na jakąś niepotrzebną awarię lub upadek. Droga prowadziła prawie cały czas w dół. Zbliżaliśmy się do pierwszego punktu kontrolnego w Nowej Rudzie. Po przyjeździe na PK odczytaliśmy nasze CHIPY napełniliśmy bidony, zjedliśmy po bułce i w dalsza drogę. Zrobiło się dosyć płasko, przez co można było trochę przyspieszyć. Jechaliśmy we dwójkę- ja i pan Mirek zmieniając się co jakiś czas. W końcu dojechaliśmy pod Przełęcz Lisią. Przed nami około 6 km podjazd o nachyleniu 5,5 %. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie stan nawierzchni- dziura na dziurze. Slalomem omijając kolejne doły w jezdni pojechaliśmy pod górę. Jechaliśmy około 15 km/h i co jakiś czas przejeżdżał jakiś samochód. Wjechaliśmy do lasu, gdzie było ponuro i trochę chłodniej. Im wyżej wjeżdżaliśmy mgła robiła się coraz bardziej gęsta. Nagle po około 2/3 podjazdu pan Mirek złapał gumę. Zatrzymaliśmy się i szybko naprawiliśmy awarię. Gdy już prawie skończyliśmy doszła nas grupka kilku zawodników. Rozpoznaliśmy ich- to chłopaki z Warszawy (mieli koszulki LEGIONU). Doszliśmy ich i wspólnie wspinaliśmy się dalej. Po wjechaniu na górę odczuwałem wielką ulgę. Udało się i kolejny podjazd już za nami. Ale zjazd to też był niezły wyczyn. Myślę, że o wiele lepiej się wjeżdżało na tą górę niż zjeżdżało. Trzeba było strasznie uważać na dziury i na śliskie zakręty, a do tego dochodziła mgła, która ograniczała widoczność. Na szczęście udało się zjechać bez większych problemów i wspólnie dotarliśmy do II punktu kontrolnego w Kudowie Zdrój. Sczytaliśmy ponownie CHIPY, napełniliśmy bidony, dostaliśmy po wielkiej kanapce i dalej w drogę. Przestało trochę padać, ale droga była nadal mokra. Przed nami Zieleniec.

W nogach już ponad 100 km. Zaczęliśmy w równym tempie piąć się w górę. Nikt nie wyrywał się do przodu, bo przed nami kilka kilometrów stromego podjazdu. Po męczącej wspinaczce Zieleniec został zdobyty. Rozpoczął się zjazd, na którym odjechali ode mnie chłopaki z Warszawy. Ja wolałem uważać na dziurach i jechałem trochę wolniej obawiając się jakiejś awarii. Dołączyłem do pana Mirka i dalej znowu jechaliśmy razem. Skończył się zjazd, a droga stała się płaska, przez co mogliśmy trochę przyspieszyć momentami jadąc ponad 40 km/h.

Zbliżaliśmy się do kolejnego trzeciego już punktu kontrolnego usytuowanego na 135 km trasy w Bystrzycy Kłodzkiej. Był to jednocześnie koniec małej pętli maratonu. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po wjechaniu na punkt kontrolny okazało się ze jesteśmy pierwsi!!! Przed nami jechało przecież kilku zawodników, jednak nie mogli znaleźć PK gdyż dojazd do niego był źle oznaczony. Nam się jednak udało trafić bez problemu J. Wcześniej jeszcze przed startem zadeklarowałem, że będę jechał małą pętlę czyli 148 km, jednak w Bystrzycy czułem się na tyle dobrze, że postanowiłem jechać dalej na długą pętlę czyli na 214 km. Po napełnieniu bidonów ruszyliśmy dalej. Zaraz za Bystrzyca spotkaliśmy jednego gościa, który szukał punktu kontrolnego w Bystrzycy J Jak się później okazało prawie wszyscy mieli z nim problem (z punktem J). Deszcz znowu zaczął padać trochę mocniej. A my powoli dojeżdżaliśmy już pod Przełęcz Puchaczówkę.

Był to dla mnie chyba najcięższy podjazd na całej trasie. Zaczynałem odczuwać już zmęczenie, a podjazd ciągnący się przez 8km zdawał się nie mieć końca. Do tego deszcz zacinał coraz bardziej, im wyżej robiło się coraz chłodniej. Zwolniłem trochę, przez co Pan Mirek mi odjechał. Końcówkę góry pokonywałem sam. Na szczycie ubrałem pelerynkę przeciwdeszczową i zacząłem jechać w dół. Jednak daleko nie zajechałem, zacząłem trząść się z zimna. Zatrzymałem się i wyjąłem z kieszeni wożoną od 160 km koszulkę z długim rękawem. Ubrałem się porządnie i od razu zrobiło się cieplej. Znowu przestałem zwracać uwagę na padający deszcz i ostro jechałem do przodu mając nadzieję, że jeszcze dojdę Pana Mirka. Przejechałem Stronie Śląskie i skręciłem na Lądek Zdrój, gdzie był 4 punkt kontrolny na trasie. Przed samym wjazdem do Lądka zobaczyłem kilku zawodników szukających drogi, gdyż oznaczenia były tak kiepskie, że nie wiadomo było jak jechać.

Pojeździliśmy chwilę i jakoś znaleźliśmy punkt, który był na rynku w Lądku. Wjechaliśmy przez to od przeciwnej strony na PK i podejrzewano nas ze coś kombinujemy, a my po prostu nie mogliśmy znaleźć dobrej drogi. Po napełnieniu bidonów napojami izotonicznymi wyruszyliśmy na ostatni odcinek maratonu- z Lądka do Kłodzka. Na 177km zaczął się podjazd pod Przełęcz Jaworową. Przez ponad połowę góry trzymałem się z grupką czteroosobową, jednak później zostałem trochę z tyłu. W miedzy czasie minął mnie jakiś kolarz z KKZK, jak się później okazało zdyskwalifikowany, bo podobno cały klub coś kombinował na trasie. Prawie na szczycie doszedł mnie jeden zawodnik, ale niestety nie pamiętam numeru. Razem jechaliśmy przez chwilę, a później pokonaliśmy zjazd z przełęczy. Przed Mąkolnem pojawił się kolejny problem z oznaczeniem trasy. Spotkaliśmy tam kilku kolarzy, którzy też nie mogli znaleźć właściwej drogi. Po krótkiej konsultacji udało się znaleźć właściwy kierunek. Do pokonania został nam jeszcze tylko jeden podjazd. W grupce około 4 osobowej wspinaliśmy się pod górę. Później już tylko zjazd do Kłodzka. Na liczniku miałem już ponad 200 km, a do mety jeszcze kawałek. Na ulicę Kłodzka wjechałem z wcześniej wspomnianym zawodnikiem, którego numeru nie pamiętam. Spotkałem jeszcze Pana Mirka i wspólnie wjechaliśmy na metę, gdzie było już kilku zawodników, którzy jechali krótki dystans.

Wymieniliśmy wrażenia z trasy, zjedliśmy ciepły makaron z sosem (bardzo dobryJ) i mieliśmy chwilę odpoczynku. Powoli zaczęli zjeżdżać znajomi z Zielonej Góry, którzy startowali w późniejszych grupach. Wszyscy zgodnie narzekali na dziurawe drogi, kiepskie oznaczenie trasy i pogodę. Jednak myślę, że każdy był zadowolony, że udało mu się pokonać ten ciężki maraton. Poszedłem jeszcze oddać CHIPA i zobaczyć, jaki osiągnąłem wynik. Jak się okazało przejechałem cały długi dystans w 8 godzin 22 minuty i 3 sekundy. Uważam to za swój wielki sukces, gdyż przed maratonem myślałem, że przejadę go z gorszym czasem. Przebrałem się w suche ciuchy, spakowałem rower do samochodu i ruszyliśmy na nocleg. W tym momencie znowu zaczął lać deszcz. W drodze do domu mijaliśmy jeszcze niektórych zawodników zmierzających w deszczu do mety. Tymczasem ja się cieszyłem, że mam to już za sobą i siedzę w cieple a za chwilę będę mógł się położyć spać J. W Lądku byłem koło 19.00, nie miałem nawet siły już nic zjeść. Poszedłem spać koło godziny 22.00 zmęczony, ale bardzo zadowolony J

15.08.2004r.

W niedzielę obudziłem się około 8 rano. Za oknem pięknie świeciło słońce. Szkoda, że dopiero teraz - pomyślałem. Gdy wstałem nie czułem strasznego zmęczenia. Bolały trochę mięśnie, ale wiadomo, że po takim dystansie zawsze coś boli :). Po śniadaniu spakowaliśmy wszystkie nasze rzeczy do samochodu, pożegnaliśmy się z przemiłymi właścicielami domu, w którym mieszkaliśmy i udaliśmy się znowu do Kłodzka, gdzie na godzinę 10.00 zaplanowano uroczyste zakończenie zawodów i wręczanie pamiątkowych medali. Po przyjeździe do kłodzkiego OSIRu poszedłem zobaczyć, które zająłem miejsce. Akurat jeden z organizatorów wywieszał na tablicy ogłoszeniowej kartkę z wynikami. Jak zwykle musiało pójść coś nie tak, a mianowicie sklasyfikowano mnie na złym dystansie. Wcześniej przed maratonem deklarowałem jazdę na 148 km, ale podczas zawodów zmieniłem zdanie, poinformowałem organizatorów, że jadę dalej i pojechałem na 214 km.

Jednak chyba coś umknęło organizatorom i przypisali mnie do grupy jadącej krótki dystans. Trochę to zakręcone, ale poszedłem do biura, żeby wszystko wyjaśnić. Później poprawiono wyniki i wszystko miało już być ok. Podczas wręczania pamiątkowych medali doszło do małego zgrzytu za sprawą kolarzy z Klubu Kolarskiego Ziemi Kłodzkiej, którzy zostali zdyskwalifikowani za oszukiwanie na trasie. Podczas dekoracji wznosili głupie okrzyki, co na pewno nie przysporzyło im kibiców. Poza tym wszystko przebiegło w bardzo milej atmosferze. Na koniec zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie. Podsumowując cały maraton można uznać za udany pomimo niedociągnięć ze strony organizatorów i ciężkich warunków atmosferycznych. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że był to pierwszy maraton tego typu organizowany przez nich i należą się wielkie słowa uznania za to, że są jeszcze ludzie, którym w dzisiejszych czasach chce się coś organizować. Na pewno w przyszłym roku wyciągną wnioski z tegorocznej imprezy i poprawią słabe punkty. Moim zdaniem kiepska pogoda, dziurawe drogi i ciężka trasa sprawiły, że impreza ta stała się bardziej atrakcyjna i wymagająca. Za rok na pewno pojawię się na starcie II Klasyka Kłodzkiego :)

Do zobaczenia za rok!!!

Tekst pochodzi ze strony Romka 

Popularity: 10% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 24 sierpień 2004
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »

Gryfland 2004

Z trasy Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych “bikeBoard 2004″ GRYFLAND
Jerzy Złotowski

Przygotowania moje były nie takie jak bym sobie życzył, ale były o 100% lepsze niż na Gorzowskim Maratonie gdzie siły moje były skierowane przede wszystkim na organizację imprezy. W Gryficach dystans do przejechania był ustalony z góry na maxa, zresztą jak wszystkich maratonów. Tylko w Gorzowie koledzy zdecydowali za mnie, że jadę jedną pętlę i jak się okazało mieli rację gdyż pracy było co nie miara.

Dwa tygodnie wcześniej wybraliśmy się na treningowy objazd trasy Gryflandu. Pojechałem ja z Adim oraz Piotruś z Spownem w roli pomocy tech. Jak się okazało trasa dosyć szybka i łatwa, po przejechaniu z dwoma kolesiami ze Szczecina 20 km w wolnym tempie ruszyłem z Adim bardziej ostro i dokręciliśmy mimo wiatru do 32.3 km/h. Oceniliśmy że z trasa jest ok, nasza forma także.

Rano 18 VI udałem się jeszcze na masaż i o 13.00 wyruszyliśmy z Gorzowa , chcieliśmy zajechać jeszcze nad morze. O godz 16.00 byliśmy już pod hotelem Gryf w Gryficach gdzie już była część naszych kolegów. Przy treningowym objeździe trasy załatwiliśmy noclegi dla bandy z Gorzowa. Właściciel hotelu przesympatyczny Tadeusz Sobkowiak były kolarz ( zapowiedział udział w Gryflandzie) potraktował nas bardzo przyjaźnie obniżając cenę z 50zł za dobę na 25zł - dziękujemy jeszcze raz.

Po rozpakowaniu udaliśmy się na teren szkoły gdzie była baza maratonu. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że jeszcze nie ma numerów startowych oraz podzielonych grup startowych, a ma to nastąpić dopiero jutro rano. Byłem tym przerażony gdyż wiem jak to wszystko wygląda na ostatnią chwilę. Adam (org) uwijał się jak mógł lecz pomocy z nikąd. Natomiast pierwsza ręka do pomocy chodziła tylko i opowiadała jak to będzie super na drugi rok - pracy zero , mieszania dużo. Adam prosił mnie żebym mu pomógł lecz przekazałem mu że ja na razie mam dość organizacji, ale nasz Spown może mu pomóc i jak się okazało bardzo dobrze że był. I jak zwykle my odpoczywaliśmy a on całą noc pracował.

Dzień startu. 19.VI godz 5.30 pobudka. Szybka toaleta, wciągnięcie posiłku węglowodanowego, sprawdzenie sprzętu - pompowanie, smarowanie itp. Za oknem przepiękne Słońce - jak jechać na krótko czy w długich strojach? - ubieram się na długo najwyżej w szkole się przebiorę przed startem. Dowiaduję się że koledzy zapisali mnie do swojej grupy startowej tj nr powyżej 130 - bardzo mi to zaimponowało, że chcą jechać ze mną. Ale także strach gdyż przed nami startują zwycięzcy z Gorzowskiego Maratonu, a za nami ścigacze ze Świnoujścia jadący tylko 1 pętlę.

Kalkulacja - jak szybko odpadnę to nie załapie się z grupą która mnie doścignie - ambicje mam, ale czy to wystarczy. W mojej grupie startuje Paweł, Rafał, Adi z mojej kat wiekowej tylko Stefan (były kolarz), a w grupie wcześniej trochę młodszy ode mnie Czesiu (polski Pantani) obiecujący że jedzie 1 pętlę. Obiecałem Czesiowi (koniowi ze stajni Sprucha), że go objadę uśmiechnął się tylko - toż to były kolarz ciągle jeżdżący. A ja co wsiadłem na rower gdy w kalendarz walnęła 50-tka

Stoimy na starcie słońce jakoś się schowało (nie chwal dnia z rana) i pierwsi wystartowali o 8.15 ja mam startować dopiero o 9.20 jeszcze kupa czasu. Jadę do hotelu ogrzać się gdyż jednak jest zimno, rozważam czy nie ubrać się jeszcze cieplej, ale co będzie jak rozkręci się na dobre. Godz 9.05 rozgrzewam się trochę lecz niezbyt mocno, jeden z kolegów prosi by na początek po starcie jechać nie więcej jak 20 - 25km/h na rozgrzewkę, nie wiem czy on żartuje czy serio, wiem że to nierealne więc się nie odzywam.

Godz 9.20 ruszamy ja prowadzę gdyż znam trasę, pomału się rozkręca na początek małe wzniesienie jedziemy 27-32km/h przez pierwsze 7km. Dalej jest coraz lepiej i przez Cerkwicę smykamy już nie wolniej niż 37km/h, a jest nawet 45km/h. Patrzę w górę, a tam nie ciekawie jeszcze przed Karnicami zaczyna padać. Osobiście mi deszcz nie przeszkadza lecz zimna nie lubię. Po drodze mijamy pierwszych którzy nie wytrzymują tempa w swoich grupach, ja wyglądam swojego rywala Czesia któremu coś obiecałem ale to za wcześnie. Dojeżdżamy do Śliwina i skręt w lewo widać już Rewal lecz ja widzę co innego z naprzeciwka nadjeżdża mój wyglądany Czesiu jedzie sam to znaczy że odpadł ze swojej grupy. Jurek zachowaj spokój jest tylko kwestia czasu jak dojedziemy do niego. Dojeżdżamy do innych z Czesia grupy i jest wśród nich mój kompan Piotruś. Teraz ja daję większe zmiany, a kolega który na starcie prosił o spokojną jazdę stwierdził że chyba mam w d�e motorek. A tym motorkiem był widok umykającego Czesia. Dojeżdżamy do Konarzewa a tam korek, na drogę wyszły �święte� krowy i nie miały zamiaru zejść mało brakowało by doszło do wypadku. Kierowcy widząc te krowy zapomnieli o lusterkach wstecznych manewrując po całej jezdni. Przed Trzebiatowem dojeżdżamy samotnego Czesia, mnie wyprowadza Piotruś i ja pierwszy go dochodzę i pozdrawiam (może to niegrzeczne lecz frajdę miałem wielką).

Z Trzebiatowa jedziemy ostro razem z odpadniętymi z grupy 110 i 120 oraz z najlepszymi z grupy 140 którzy nas dogonili. Jazda była dosyć ostra, momentami myślałem, że strzelę lecz moim zadaniem było na 1 pętli nie dać się Czesiowi, Stefan z mojej grupy już odjechał i był poza zasięgiem wzroku. Wjechaliśmy do Gryfic i nie zatrzymując się jedziemy dalej. Teraz zaczyna się droga przez mękę (najgorszy odcinek Gryfice - Unibórz) jest parę podjazdów na których udaje mi się utrzymać w grupie, widzę że Rafał wielki młody kozak zbytnio mi nie odjeżdża na podjazdach, jestem zadowolony. Wjeżdżamy do Uniborza skręt w lewo na Płoty droga jak malowana i właśnie tu odjeżdżają od nas najlepsi i do tego wraz z Czesiem. Jestem bardzo niezadowolony, ale myślę spoko zaraz ich dojdziemy. Lecz z grupy która odpadła gonić może tylko Rafał i ja, reszta zostaje w tyle. Jedziemy około 150-200m za nimi lecz doskoczyć nie potrafimy, a wręcz zauważam, że odległość chociaż powoli to jednak się zwiększa. W Płotach 12km przed meta pierwszej pętli mają przewagę około 300m wiem, że dogonić ich się nie uda. Będą jeszcze dwa podjazdy może nie duże ale zawsze.

Dojeżdża do nas jakiś gość, który wyjechał na przejażdżkę nic nie wiedząc o maratonie i jedziemy w trójkę. Widzę że Rafał słabnie ja podkręcam tempo by Czesiu nie nadrobił 5 min, gdyż o tyle wcześniej niż ja wystartował. Dojeżdżamy do Gryfic (meta 1 pętli - 110km) mój czas 3godz 06min (35km/h) dowiaduję się że Czesiu przyjechał 3 min wcześniej to znaczy że jestem na 1 pętli lepszy od niego o 2min � Hurra! Niespodzianka Czesiu wyjechał na 2 pętlę.

Ja na drugą pętle wyjeżdżam z Rafałem, widzę że Rafał ma dosyć, ja także, ustalamy wolniejszą jazdę i pomału w deszczu mijamy wolniejszych uczestników. Jak na razie nikt nie może nawet się podczepić do nas. Jest to jakaś satysfakcja, ale z drugiej strony żal gdyż w większej grupie byłoby łatwiej.

Wyjeżdżamy na drogę do Rewala i powtórka z naprzeciwka widzę Czesia (samego jak na 1 pętli) pozdrawia mnie lecz już wiem, że powtórki nie będzie, nie jestem w stanie gonić jak na poprzedniej pętli.

Z samego Rewala jak my wjeżdżamy, wyjeżdżają Lolek i Marek z Drezdenka może zaraz ich dogonimy.

W Rewalu na PKP posilamy się, a Rafał smaruje kręgosłup który bardzo mu dokucza. Ruszamy za Lolkiem lecz dogonić ich nie jest łatwo chociaż startowali oni z nr 44 i 45 tj 45min przed nami. W Trzebiatowie dowiadujemy się że maja 2 min przewagi. Na odcinkach prostych widzimy ich, lecz nie zbliżamy się. Z Trzebiatowa jedziemy do Gryfic piękną drogą lecz pod wiatr momentami tak silny, że sprawia wrażenie, że nas cofa. Najlepiej skręcić, a jest gdzie na znaku w lewo do miejscowości Wlewo, poprawia nam humor i dalej kręcimy. Mijamy pechowców (gumy) i maruderów - pozdrawiamy dodając otuchy i kręcimy z trudem dalej.

Wjeżdżamy wreszcie na PKP w Gryficach, a tam Lolek (45) z Markiem (44) akurat wyjeżdżają. Marek mówi �mają nas�. Lecz my już mamy, ale dosyć, chwilę odpoczywamy. Rafał jak zwykle smaruje kręgosłup, a odpoczywający koledzy Jacek, Darek i Andrzej z nr 50 dołączyli do nas i w piątkę goniliśmy Lolka i Marka. Ciężko było gdyż znowu droga przez mękę do Uniborza. O dziwo ja nabrałem trochę sił jak dowiedziałemsię, że Stefan zgubił trasę i jest 20 min za mną. Myślę, że wreszcie pechowym zbiegiem okoliczności będę wreszcie przed nim. W okolicach miejscowości Kołomąć Rafał melduje, że ma dosyć i zostaje, mówię mu, że nie ma takiej możliwości jeżeli zostaje to ja zostaję razem z nim. Jechaliśmy razem we dwójkę przeszło 120km to pojedziemy dalej we dwójkę. A koledzy z nr 50 to nam nie zagrażają. Rafał nie chcąc bym zaprzepaszczał swoja szansę na dobry wynik mobilizował się coraz bardziej i nie odpadał, ja natomiast trochę podkręcałem by dogonić Lolka. Co chwila kontrolowałem czy Rafał jedzie z nami czy mam zostać do pomocy, ale Rafał trzymał się dobrze. W okolicy Jasiela dogoniliśmy Lolka i Marka (przesympatycznych chłopaków) i razem jechaliśmy do Uniborza. Tutaj wreszcie super nawierzchnia i sprzyjający wiatr. Szybko zgubiliśmy zmęczonego Lolka i Marka i w piątkę ruszyliśmy do Płotów: ja ,Rafał, Andrzej, Darek i Jacek. Gnaliśmy ile sił, a ich za wiele nie było, lecz warunki super, tutaj już się nie odwracaliśmy. Jadąc za Jackiem, a za mną Rafał, koledzy złapali gumę. Jacek coś ominął ja nie zdążyłem guma na tak pięknej drodze. Jak się później okazało na tej super drodze na krótkim odcinku były trzy gumy - myślę że to zasługa miejscowej młodzieży.

Szybko telefon na bazę i do zmiany dętki, zmiana dosyć w tempie lecz nie mogę napompować doganiają mnie Lolek z Markiem za chwilę inni pechowcy, którzy wcześniej mieli gumę. Nadjeżdża też Stefan, zatrzymuje się i pożycza swoją pompkę, też efekt zerowy. Stefan jedź, znowu telefon do bazy, ale już jest samochód techniczny.

Szybka zmiana koła, opona kartoflak chyba hamuje mało powietrza czujnik nie ustawiony , licznik na zero. Trudno do mety dojadę, już tylko 14km. Dojeżdżam o godz 16.32 mam 13min straty do Rafała i uzyskuje czas na 220km 7h.12min uważam że nie jest źle.

Jestem szczęśliwy chociaż nie znam wyników oraz bardzo zmęczony i przemarznięty. W hotelu woda letnia siedzę w wannie, a żonka moja grzeje wodę w czajniku i dolewa - jestem w niebie.

Po krótkim relaksie idziemy na rynek witać ostatnich wjeżdżających. O godz 19.35 z czasem 11h 20min wjeżdża Ambroziak Jan nr 1 . Niespotykany gość - 62 latek - jeździ na rowerze marki �Ukraina� i zmieścił się w limicie czasu. A zaistniał na Gorzowskim Maratonie i obiecuje wystartować na wszystkich 4 maratonach.

Wieczorem nieoficjalnie dowiaduję się, że na 1 pętli zajmuję 1 miejsce w swojej kategorii wiekowej - wielka satysfakcja. Natomiast na 220km 5 miejsce mimo gumy.

Klub nasz zostaje wyróżniony jako najliczniejsza grupa klubowa - 16 uczestników na 128 startujących - brawo Gorzowski Klub Rowerzystów CYKLISTA.

Ocena imprezy:
Jak na pierwszy raz było super i na pewno będzie lepiej na drugi rok dzięki wspaniałemu człowiekowi ADAMOWI JAMROZOWI z wielkim sercem do roboty.

Minus - wielu rowerzystów nie jechałoby drugiej pętli gdyby nie obiecana w regulaminie statuetka rowerzysty której zabrakło na mecie.

Najnowsza wiadomość Ambroziak Jan ze Słubic wstąpił do naszego klubu. Członkowie naszego klubu to mieszkańcy naszego miasta Gorzowa Wlkp co jest zrozumiałe, ale mamy też mieszkańców: Śremu, Poznania, Słubic, Strzelec Kraj.

Do zobaczenia za rok.

Popularity: 11% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 15 sierpień 2004
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »