Archiwum wrzesień, 2004

Ultramaraton Dookoła Zalewu - Świnoujście 2004

Relacja z IV edycji Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych Ultramaraton Dookoła Zalewu Szczecińskiego - Świnoujście 2004

Jerzy Złotowski

Do startu w Ultramaratonie przygotowywałem się przez cały sezon w miarę możliwości. Obowiązki rodzinne i zawodowe sprawiały że czasu jak zwykle było mało. Po III edycjach pozycja moja była wysoka bo 3 miejsce w kat wiekowej oraz 8 miejsce w open w rowerach szosowych. Wyjeżdżając założenia były by utrzymać pozycję w kat wiekowej z możliwością wskoczenia na 2 miejsce. Open pozostawiając w marzeniach gdyż młodzi mogli zawalczyć, chociaż miło by było utrzymać się w 1 dziesiątce. Do przejechania było 255km, 510km, 765km do wyboru ? moje ambicje sięgały najdłuższego dystansu gdyż 510km pokonałem w zeszłym roku. Z naszego klubu wyjechało nas 10 osób z tego na najdłuższy dystans planowałem tylko ja inni zamierzali pokonać 1 pętlę a Adi i Paweł zakładali przejechać 2 pętle.

Przedstartowe założenia to jazda moja w towarzystwie Rafała z Lubniewic (6 poz w open) i Mirka z Ziel.G (3 poz w open) w tempie 28-30km/h spokojne tempo miało nam zapewnić właściwe rozłożenie sił na cały dystans z przerwą w połowie trasy na 3 godzinny sen. Lecz Mirek po zapowiedzi w prasie że ten dystans przejedzie bez snu wycofał się z danych deklaracji. Jego miejsce zastąpił Marcin z Kędzierzyna Ko?la (1 poz w open) który startował wraz ze swoim ojcem zresztą z mojej kat wiekowej.

Nadszedł dzień 10.09 w którym nastąpił wyjazd. Czekaliśmy w Gorzowie na przyjazd Marcina z ojcem by omówić szczegóły naszego startu i w drogę do Świnoujścia. Dojeżdżając do Szczecina postanowiliśmy szukać noclegu który wykorzystamy na trasie Ultramaratonu a właśnie w okolicach Szczecina wypadał będzie środek trasy około 360-370km. Zarezerwowaliśmy tani nocleg w Szczecinie Dąbiu i dalej trasą Ultramaratonu udaliśmy się w dalszą drogę. Trasa ta dla mnie była znana z poprzedniego roku ale Marcin i nasza Janeczka mieli okazję ją poznać. W Świnoujściu meldujemy się w Schronisku Młodzieżowym gdzie znajduje się baza Ultramaratonu o godz 16.00 na miejscu są już nasi klubowicze tj Andrzej P, Lech, Krzysztof, Andrzej Z, Sławek a więc prawie wszyscy brakowało dwóch którzy mieli dojechać pociągiem to Adi i Paweł. Na miejscu powitanie przez Wiechora (org imprezy) oraz uściski ze znanymi już uczestnikami poprzednich maratonów a więc integracja na całego. Co chwila ktoś dojeżdżał i wrażenia , opowieści nie miały końca.

Wcześnie też poszliśmy wszyscy spać gdyż każdy wiedział co jutro nas czeka oczywiście z drobnymi wyjątkami którzy postanowili kondycję podtrzymać piwem. Inni a także ja zaopatrywaliśmy nasze organizmy w węglowodany (ryz, makaron ).

Pobudka już o 5.45 w dzień startu, toaleta poranna przygotowanie posiłków bardzo sytych w czym nikt nie zastąpi Janeczki. Zerknięcie na zewnątrz w co się ubrać ? postanawiam jechać ubrany cieplej ewentualnie się rozbiorę, moja grupa startuje dopiero o 9.40 a mam pod ręką samochód tech (dozwolony przez sędziego). Wcześniejsza analiza grupy w której startuję trochę mnie mile łechta lecz zdaję sobie dobrze sprawę że ja jestem najsłabszym punktem w tym gronie. Jest jeszcze Olek (1 poz w mojej kat wiekowej) i jesteśmy najstarszymi w tej grupie. Po nas startuje tylko jedna grupa (ścigaczy ze ?winoujścia) którzy na każdym maratonie jadą z maksymalną prędkością i zawsze najkrótszy dystans.

O 7.30 oficjalne otwarcie imprezy, salwa z armaty i ruszamy na prom i dalej na miejsce startu ostrego. Godz 9.00 planowo rusza pierwsza grupa. My mamy jeszcze czas lecz Rafał melduje ze z jego rowerem coś nie tak a samochód techniczny jedzie innym promem i jest jeszcze daleko. Po wezwaniu szybko usuwają usterkę ale to nie koniec problemów Rafała, ma bolący ząb jest opuchnięty. Bierze tabletkę i staje na starcie jestem tym trochę zmartwiony lecz znając Rafała wiem ze to pokona. Na Gryflandzie było gorzej i daliśmy radę.

Godz 9.40 start początek jest dosyć spokojny ja, Rafał i Marcin wiemy że mamy jechać 28-30km/h lecz zaraz robi się 32 , 34 .a nawet 36. Co robić grupa jest silna zostać wg planu nie wypada jednak w grupie lżej ja i Rafał meldujemy kolegom że my nie dajemy zmian i jest ok. Co chwila Rafał melduje że to za szybko trochę go dopinguję gdyż wstyd od razu zostać. Za chwilę słyszę komunikat radiowy ?dzien dobry panie Jurku jak się jedzie? patrzę w lewo a to samochód serwisowy Klubu Kolarskiego LIDER Słubice z trenerem Kowalskim za kierownicą. Porozmawialiśmy chwilę pozdrowił wszystkich z grupy, każdego z osobna i ruszył na inną kolarską imprezę. Widziałem że wywarł duże wrażenie na kolegach z grupy tym bardziej ze w tym czasie filmowała nas TV3.

Tempo jak na założony dystans cały czas wysokie dochodzące do nawet 40km/h połykamy uczestników z wcześniej startujących grup. Niektórzy próbują z różnym skutkiem pozostać jednak w nasze grupie. Na trasie za Wolinem wiedząc że tam będzie stał sam tech robiący zdjęcia na tle wiatraków ruszyłem do przodu koledzy zdziwieni moja postawą dopiero po minięciu wiatraków zrozumieli skąd ten mój zryw. Na 60km trasy najechała nas grupa ?ścigaczy ze ?winoujścia? i dalej ruszyliśmy doganiając naszych klubowiczów Krzysztofa, Lecha, Andrzeja i Krzysztofa z Wałbrzycha którzy trzymali równe tempo tak jak nasze. Za Stepnicą podjechał Gregory (org z Klasyka Kłodzkiego) powiadamiając mnie po cichu że 6km przed Goleniowem chcą mocno podkręcić tempo by tą grupę zbyt dużą rozerwać i mam się przygotować. Zjechałem do Rafała przekazując wiadomość. Rafał zdecydował że my mamy jechać swoje a nie szarpać się na początku. Dla Gregorego przekazałem że się na to nie piszemy i zostajemy. Po skoku tych mocarzy widziałem kolegów którzy nie mogli się z tym pogodzić i w pojedynkę gonili szybką grupę, długo wisieli między nimi a naszą małą grupką. Uważałem ze to nie ma sensu i rzeczywiście potwierdziło się gdyż jak dojechaliśmy do nich nie byli w stanie utrzymać spokojnego naszego tempa. W Goleniowie dogoniliśmy ścigaczy ale jak my dotarliśmy na PK (punkt kontroli) oni go opuszczali a my nie zamierzaliśmy ich ścigać tylko spokojnie się zrelaksować i posilić. Wyruszając z PK zatrzymaliśmy się raz jeszcze gdyż trzeba było założyć kurtki przeciwdeszczowe , zaczęło padać jak zwykle na wszystkich tegorocznych maratonach.

Do Szczecina wyruszyliśmy w piątkę gdyż inni bardzo się spieszyli i spokojnym tempem doganiając wielu uczestników pokonywaliśmy kolejne km. W Szczecinie ruch nie był zbyt duży i ja prowadziłem przez Szczecin znając trasę z roku poprzedniego lecz w odwrotnym kierunku muszę przyznać że trochę pobłądziłem lecz nie miało to dużego znaczenia gdyż szybko wyjechaliśmy na właściwą trasę. Ze Szczecina do Lubieszyna jechałem tylko z Rafałem który ciągle łykał tabletki i narzekał na bolący ząb. Po przekroczeniu granicy dogoniliśmy grupkę w której jechała Halinka z Sulęcina. Jechaliśmy jakiś czas razem i ruszyliśmy dalej dołączył do nas Daniel i Andrzej mój rówieśnik z Bielska Białej. Jechało nam się bardzo dobrze lecz Rafał co chwila zostawał z tyłu informowałem Daniela i Andrzeja ze czekam na Rafała gdyż to właśnie my jedziemy razem. Rafała trawiła już gorączka od tego zęba i prosił bym jechał sam lecz wierzyłem ze przetrzyma ten kryzys i pojedziemy dalej razem jak na Gryflandzie. Wjechaliśmy do Passewalku (do zakończenia 1 pętli około 100km) a tam wielu uczestników się posila i odpoczywa, jest i mój największy rywal przesympatyczny Wacek ze ?wiebodzina mam nadrobione nad nim 35min bo o tyle wcześniej wystartował. Wacek zobaczywszy mnie szybko zakończył posiłek i ruszył dalej w drogę ja spokojnie porozmawiałem z Wiechorem zjadłem bułkę drugą włożyłem do kieszonki na pó?niej. Jechałem z Danielem nr 80 oraz Rafałem w stronę Anklam za chwilę był przy nas Andrzej i podawał dosyć mocne tempo myślałem nawet że to za szybko, więc odskoczyłem trochę i już w oddali widziałem Wacka. Dojechawszy do niego zwolniłem po chwili był już z nami Andrzej a więc trójka z grupy M5. Andrzej znowu podkręcał tempo ja za nim ale Wacek spokojnie sobie jechał , Andrzej próbował czekać ja natomiast nie robiłem żadnych ruchów w końcu Andrzej pogonił ja za nim a Wacek został w tyle. Po odje?dzie dopiero powiedziałem Andrzejowi że Wacek to mój największy rywal którego przy dobrym układzie mogę przegonić w klasyfikacji końcowej. Ruszyliśmy dalej dosyć ostro pozostawiając Wacka oraz Rafała który już jechał siła woli biorąc co chwile proszki od bólu zęba. Za Usedom zaczęły się podjazdy na których dogoniliśmy Lecha z Gorzowa mojego klubowicza lecz on jechał krótko z nami i ruszył do przodu jadąc cały czas około 500m z przodu śmieszyła mnie ta jego tak nieekonomiczna jazda. Przed samym Anklam trasa oznaczona była ścieżką rowerową w lewo lecz nie było obowiązku jazdy ścieżką rowerową i to był błąd Lech że był sam z przodu. Mając 500m przewagi nad nami przy wje?dzie na ścieżkę na zje?dzie z niej miał około 500m straty której już nie odrobił aż do mety. Na mecie witali nas sędziowie oraz moja żonka i wynik 8h 55min uważam ze dobry wg zeszłorocznego 10 h 28min.

Zebrałem się szybko do pokoju i szybki prysznic z wytarciem się były już problemy. Położyłem się na chwilę ale nie dało się poleżeć gdyż cały czas jakieś rewelacje. Dowiedziałem się ze Stefan z Krzyża nie wyjechał i nie wyjedzie na drugą pętlę a to znaczy że już jak ja ją przejadę mam spokojnie 3 mce w kat wiekowej w ogólnej klasyfikacji. Spokojnie odleżałem 30min i na dół do innych uczestników. Już koledzy zbierają się na 2 pętlę ja jeszcze nie gotowy więc odpuszczam. Za moment zjawia się Andrzej mój kompan z części trasy dotychczasowej proszę go by poczekał. Zabieram Halince połowę zupki i proszę ją by zrobiła sobie drugą a ja szybko łykam i ruszamy. Trochę śmiesznie bo tylko we dwójkę dojeżdżamy na prom tam musimy trochę poczekać na odpłyniecie i w tym czasie dojeżdżają do nas moi klubowicze Adi i Paweł super kozacy i bardzo młodzi. Już jest nas czwórka dwóch z kat M1 i dwóch z kat M5 . Drugim promem przeprawia się Marcin nasz sam tech i dzwoni ze na tamtym promie jest jeszcze jeden który wyjechał na drugą pętlę i mamy się spotkać i jechać już w piątkę. Uważam ze jest ok chociaż już jest ciemno. Tym piątym jest właśnie Daniel. Ja i Andrzej starsi panowie zaopatrzeni w lampki czołowe ruszyliśmy przodem by młodsi koledzy mieli łatwiej lecz zdałem sobie sprawę że cały czas prowadzić grupę nie damy rady. Wysłaliśmy młodych też na zmianę doradzając by jechali nie przy krawędzi jezdni byśmy mogli oświetlać pobocze i nie zjechać z szosy. Ruch samochodowy był bardzo mały nasilając się jedynie przy miejscowościach gdzie odbywały się dyskoteki. Może byśmy i o jakąś zahaczyli lecz strój nasz był nieodpowiedni. Dojeżdżamy do Stepnicy planując dłuższą przerwę ale portierzy z pobliskiego zakładu informują że punkt został przeniesiony do Goleniowa tzn zlikwidowany ? powtórka zeszłego roku. Za Stepnicą dogania nas Marcin w sam tech który był w Szczecinie po swoją dziewczynę. Poinformował nas ze po drodze widział Gregorego który by z chęcią zrezygnował z dalszej samotnej jazdy lecz z braku możliwości kontynuował jazdę z dobrym skutkiem gdyż miał najlepszy czas na 510km wspólnie z Olkiem .

W Goleniowie posililiśmy się i dalej w drogę już mieliśmy duży komfort bo Marcin jadąc za nami wspaniale oświetlał nam drogę. Ja cały czas planując pokonanie trzech pętli miałem zarezerwowany nocleg w hotelu w Szczecinie Dabiu. Rafał już odpadł Marcin pojechał do przodu i z zaplanowanej trójki na nocleg zostałem sam. Proponowałem moim towarzyszom nocnej jazdy dłuższy odpoczynek lecz z różnych względów nie skorzystali. Ja o godz 1.00 w nocy odłączyłem się na spanie. Hotel a w nim obsługa robi wielkie oczy co za dewiant po nocy się turla. Szybki prysznic i stwierdzam ze czuje się lepiej po 350km niż po 255km. Kładę się spać ustawiam budzik na 4.00 , Marcin robi to samo. Nie mogę zasnąć , męczę się lecz wreszcie chyba usypiam. O 2.00 dzwoni tel od organizatorów gdzie się podziewam informuję że śpię w hotelu w Dąbiu. Dostaję opieprz że nie informuję że zrezygnowałem. Wyjaśniam że nie zrezygnowałem lecz odpoczywam i zaraz jadę ? chwila ciszy i śmiech. Wszystko wyjaśnione ja śpię dalej. Godz 4.00 pobudka szybka toaleta nawet się golę (kto się golił podczas maratonu???) i o 4.30 wyjazd. Jedzie się dobrze chociaż jeszcze ciemno lecz nie jest za zimno. Fakt że jadę na długo i do tego jeszcze mam ochraniacze na kolana. Spokojnie przejeżdżam Szczecin w Lubieszynie celnicy pytają ile mam przejechane i dowiaduję się że 0,5 godz wcześniej ktoś jechał. Jest szansa ich dogonić a Marcin z sam tech informuje że takim tempem nie pojedzie bo uśnie więc mówię niech jedzie na druga stronę granicy zmienimy baterie w moich lampkach i pojedzie do Pasewalku. Jazda samemu nie była taka zła ruchu samochodowego praktycznie zero.

Dojechałem do Pasewalku a tam Marcin śpi w drugim samochodzie Wiechor śpi więc budzę Wiechora potwierdzam przejazd zjadam bułkę a Wiechor mówi że na PK ma hotel odkrywa przyczepkę i zdziwiony że tam nie ma gościa którego tam ułożył spać. Widać po cichu wstał i pojechał. Ruszyłem i ja na ostatnie 100km drugiej pętli. Jeszcze przed Anklam dojrzałem przed sobą rowerzystę ale nie wiem czy to maratończyk czy tubylec. Spokojnie zatrzymuję się na siku i papu i spokojnie ruszam dalej jeżeli to maratończyk to i tak go dogonię gdyż widać że jedzie wolniej niż ja. Doganiam go jakieś 70km przed meta drugiej pętli jest to ???Piotr z Wwy teraz tempo wyra?nie się zwiększa bo ja i on mamy większą motywację jedziemy około 28-30km/h na takim dystansie to dobrze. Dajemy sobie zmiany i jedzie się ok. . , Piotr jest rozgoryczony gdyż kolega który go namówił na ten jego pierwszy maraton odjechał mu i ślad po nim zaginął ale miał satysfakcję bo ten kolega pojechał tylko 255km a Piotr pokona 510km ? Brawo. Zatrzymujemy się w Usedom na kawę i jedziemy dalej, mam obawę czy dam radę gdyż zaczynają się wzniesienia ale Piotr przejmuje większy ciężar prowadzenia na siebie w końcu jest dużo młodszy. Pokonujemy wzniesienia spokojniej niż przypuszczałem i wjeżdżamy na granicę w Ahlbeck to już prawie meta. Dzwonię na bazę by zrobili nam zdjęcia ale żona się nie odzywa a Marcin jeszcze nie dojechał widać długo spał w Pasewalku. Wjeżdżamy z Piotrem jak zwycięzcy trzymając się za ręce uniesione w górę ? bo dla siebie jesteśmy zwycięzcami. Piotr bo przejechał 510km ?rekord życiowy, ja natomiast pobiłem zeszłoroczny rekord o 2 godz utrzymując trzecią pozycję w kat wiekowej w Pucharze Polski w naszych maratonach. Ale jest jeszcze do przejechania trzecia pętla. Po kąpieli oceniam że czuję się lepiej jak po pierwszej pętli mogę jechać ale moją motywację studzi wyjazd Wacka na trzecia pętle więc wiem że to mi nic nie daje w klasyfikacji pozostaje tylko satysfakcja. Młodzi koledzy wyruszają na trzecia pętlę uzgadniam z nimi tempo ale chcą jechać 26km/h uważam ze to za szybko po tych 510km i nie jadę z nimi . Namawiam Andrzeja z Bielska Białej ale on rezygnuje z trzeciej pętli idę do pokoju a żona ma zadanie znale?ć kogoś z kim mogę jechać spokojnym tempem dalej. Leżąc w pokoju słyszę mocny wiatr pod drzwiami świszczy, chętnego nie ma więc podejmuję trudną decyzję o rezygnacji z jazdy na 765km musi wystarczyć 510km. O godz 14.30 żona odpina numer startowy i zdaje do biura czas wyjazdu na trzecia pętlę mija o 15.00. Tak oto skończyła się moja przygoda w Maratonach 2004. Zająłem 3 mce w kat wiekowej tak było i w zeszłym roku a w klasyfikacji open na szosówkach chyba 10 mce. Jestem usatysfakcjonowany.

Pierwsza pętla czas przejazdu 8h55min średnia samej jazdy 31km/h

Dwie pętle czas przejazdu 25h36min średnia całości samej jazdy 26.6km/h .

Łączny czas jazdy 19h02min

Popularity: 12% [?]

Autor: JerzyZ Wpisano: 30 wrzesień 2004
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »

IV Supermaraton Rowerowy Dookoła Zalewu Szczecińskiego

Paweł Koralewski

Moja przygoda z maratonem rowerowym zaczęła się zaledwie kilkanaście dni przed nim. Decyzja o wyjeździe zapadła bardzo szybko. Ponieważ miałem za sobą przynajmniej kilka solidnych treningów, doszedłem do wniosku, że w Świnoujściu przejadę te 250 km. Przy okazji po raz pierwszy nadarzyła się okazja do poznania sporej grupy zapaleńców kolarskich z całego kraju i nie tylko! Już w drodze pociągiem poznałem bardzo sympatycznego seniora Pana Wacława Żurakowskiego ze Świebodzina, który również podążał na maraton, ale z ambicjami sięgającymi dużo dalej niż moje. Zamierzał pokonać trzy pętle - 750 km! To był dla mnie szok, ale i byłem pełen podziwu dla jego młodzieńczego hartu ducha w ciele 60-latka. Wkrótce dołączył do nas kolejny uczestnik zmagań, Pan Jan Ambroziak ze Słubic - kolejny fanatyk kolarstwa, jeszcze starszy od Pana Wacława. Chociaż jego sprzęt stanowił nie najnowszy już rower trekkingowy bez przerzutek, na którym dźwigał wielkie i ważące kilka kilogramów sakwy, chociaż zapewne zdrowie nie zawsze mu dopisywało to jednak posiadał to co najcenniejsze - wolę walki, a raczej zmierzenia się z własną słabością, z potężnym dystansem. Na stacji w Szczecinie przesiadka - rozstajemy się z Panem Janem, który wyrusza na “objazd” części trasy po mieście. Tymczasem spotyka kolejnego rywala - Pana Aleksandra Czapnika z Gdyni - to główny rywal Pana Wacława w kategorii wiekowej M5 (51-60 lat).

Po przyjeździe do Świnoujścia nadchodzi czas na rejestrację przed zawodami w biurze ulokowanym w schronisku młodzieżowym. Czeka mnie jeszcze tylko wyśmienity dorsz na kolację w nadmorskiej smażalni i udaję się na wypoczynek przed sobotnią próbą. Czuję się zmęczony i lekko przeziębiony - wierzę, że zdrowe nadmorskie powietrze nie pozwoli mi rozchorować się na dobre.
Rano o 6:30 wstaję rześki, czuję się już silniejszy i zdrowy, pojawiają się emocje - już wkrótce przyjdzie mi stanąć na starcie z blisko 150 miłośnikami kolarstwa.


Zbiórka przed schroniskiem młodzieżowym


Start honorowy w centrum Świnoujścia

7:30 - wyruszamy spod biura maratonu na honorowy start spod Urzędu Miasta na Placu Mickiewicza. Wiceprezydent Świnoujścia otwiera maraton, pada wystrzał i wszyscy udajemy się na prom, który przeprawiamy się z wyspy Uznam na wyspę Wolin, gdzie odbędzie się start ostry.


Przygotowanie do startu ostrego Świnoujście-Warszów

Jesteśmy podzieleni na 15-osobowe grupy, będziemy startować od 9:00 co 5 minut. Przypada mi numer 47 - jadę o 9:15 w czwartej grupie. Jak się okazuje moja grupa jest bardzo silna. Szczególnie wrażenie robi na mnie postawa 16-letniego świebodzinianina Michała Cięciela, który jadąc na rowerze MTB w niczym nie ustępuje wprawnym kolarzom na szosówkach. Po niespełna 3 minutach moja grupa ucieka. Pozostaje samotne pokonywanie kolejnych kilometrów, które do łatwych nie należą - szczególnie podjazdy za Międzyzdrojami. Jedyny towarzysz podróży nie sprawia wrażenia do chętnego na zmianę, więc cały czas jadę z przodu. Około 9:45 dogania nas grupa startująca 5 minut po nas. Chętnie się do nich przyłączam. Jedzie się dobrze. Niestety, tuż przed pierwszym punktem kontrolnym w Stepnicy około 11:00 nie wytrzymuje tempa ponad 30 km/h, grupka mi ucieka. Zostaje sam z kolegą ze Szczecina, który na dodatek ma naderwane ścięgno, więc nie będę go zmuszać do pomocy.


Punkt kontrolny przy wyjeździe ze Stepnicy

Punkt kontrolny - chwila przerwy na zdjęcie ciepłego stroju, użycie żelu fastum i dalej w drogę. Powoli zaczyna znikać słońce, które towarzyszyło nam od rana. Pojawiają się złowrogie chmury. Nie pojawiają się niestety grupy chętne do zabrania mnie i kontuzjowanego kolegi ze Szczecina - Filipa Siwczyka. Prawie do samego punktu kontrolnego i pierwszego bufetu w Goleniowie jadę na czele grupki - czasem tak trzeba. W końcu od dawna oczekiwany bufet - kanapki z kiełbasą i ogórkiem, banany, woda. Dojeżdża za nami spory peleton i szybko ucieka.


Punkt kontrolny i bufet przy stacji Orlen w Goleniowie

Po 10 minutach także ruszamy dalej. 12:15 - zaczyna padać, najpierw lekko, później niestety trochę mocniej. Doganiamy grupkę z Gorzowa. Walczą z zakładaniem kurtek w trakcie jazdy pod wiatr, w końcu zatrzymują się. Po chwili jednak doganiają nas i od tej pory zaczyna się bardzo przyzwoita współpraca na zmianach. Nadal pada, czuję, że jest mi coraz zimniej, ale jestem twardy. Mam na sobie jedynie klubowy strój Lubuszan, w końcu pojechałem reprezentować nasz klub. Dojeżdżamy do Szczecina - 13:00. Przestaje padać, od tej pory powietrze staje się coraz cieplejsze, wilgotne - dopiero teraz tak naprawdę jazda jest przyjemnością. Mamy w nogach już ponad 100 km. Fatalny przejazd przez szczecińską kostkę brukową szybko odchodzi w niepamięć. Teraz zmagamy się z przeciwnym wiatrem już na drodze do granicy w Lubieszynie. Kiedy docieramy na przejście zaczynam się gramolić wyciągając dowód osobisty z woreczka. Grupa ucieka. Pozostaje mi dołączyć się do dwóch innych uczestników, którzy właśnie mnie doganiają. Tempo jest dobre - około 29 km/h, zmiany idą sprawnie, udaje nam się nawet wyprzedzić 2 małe grupki. W tym momencie jestem już myślami przy bufecie w Pasewalku, gdzie czeka na nas organizator - Pan Wiesław Rusak.


Punkt kontrolny i bufet na stacji Shella w Pasewalku

Na miejscu na stacji Shella okazuje się, że sporo osób zatrzymało się tu na dłużej, spotykam m.in. Pana Wacława - to ostatni bufet przed Świnoujściem, 100 km przed metą. Zasiedziałem się na tym postoju, pozostaje mi wyjechać na trasę samotnie. Po 5 minutach natrafiam na Michała Ziomka z Warszawy, który jedzie na szosówce. Przez kilka kilometrów jedziemy w milczeniu zmieniając się co 2-3 minuty. Współpraca układa się znakomicie, walczymy z czołowym, potem z bocznym wiatrem. Mimo kilku kryzysowych chwil udaje nam się we dwóch pokonać wspólnie trudny ze względu na wiatr odcinek do Anklam oraz późniejsze kilometry już w kierunku wschodnim. W sumie jakieś 75 km. Wyspa Uznam okazuje się być prawdziwym piekłem na sam koniec. Podjazdy wycieńczyły Michała. W pewnym momencie mówi, że musi zatrzymać się na dłużej. Rozstajemy się, szkoda, bo współpraca była idealna. Mam do mety około 25 km, jestem sam, mam w bidonie kilka łyków wody, nic do jedzenia, w żołądku pustka. Organizm jest bezlitosny, żąda jedzenia, staram się w miarę szybko jechać do mety, jednocześnie nie przeciążając się. Dogania mnie Pan Tadeusz Moskal na szosówce. Okazuje się, że miał awarię i długo jechał sam. Przez chwilę jadę przed nim, później zmieniamy się. Mój żołądek nadal woła. Okazuje się, że Pan Tadeusz odpowiada na to wołanie. Otrzymuję paczuszkę suszonych owoców - to mi ratuje życie. W tym momencie wyrasta przed nami ostatnia i najtrudniejsza przeszkoda na całej trasie, 6-procentowy podjazd przed Ahlbeckiem. Wbrew znakom zakazującym jazdy rowerem pokonujemy ją po szosie. Gęsty ciemny las, gęsta mgła, tuż za nami samochody, to wszystko sprawia, że sytuacja staje się jeszcze bardziej stresująca. W końcu jednak jesteśmy na szczycie. Dalej będzie już tylko z górki. Pogranicznicy nawet się nami nie interesują, każą jechać dalej. Już tylko kilka kilometrów ścieżki w Świnoujściu i o godzinie 19:07 wpadamy na metę. Czas - 9 godzin 52 minuty, z czego 51 minut to postoje. Średnia efektywna - 27,45 km/h. Dystans - 247,7 km. Nie czuję zmęczenia, jedynie mam poczucie wielkiej satysfakcji z pokonania trasy maratonu. Tym większej, że uczyniłem to wspólnie z kilkoma spotkanymi na trasie osobami. Tak więc można powiedzieć, że oni mają swój wkład w mój wynik, a ja w ich. Można powiedzieć, że była to rywalizacja, ale bardzo zdrowa. Idę spać.
Niedziela rano. Spacer po Świnoujściu, podczas którego dowiaduję się, że już sześciu śmiałków wyruszyło na trzecią pętlę. Po godzinie 13 wybieram się w końcu na krótką przejażdżkę do Międzyzdrojów. Na promie spotykam Tomka Kuligowskiego, który jak się okazuje jako ostatni wyruszył na pokonanie trzeciej pętli. Jestem pełen podziwu, tym bardziej, że to praktycznie mój rówieśnik. Postanawiam mu pomóc chociaż na tych 12 kilometrach, w końcu czeka go jeszcze kilkanaście godzin pedałowania! Odcinek do Międzyzdrojów przy korzystnym wietrze pokonujemy w 20 minut. W ten sposób zakończyłem na dobre swój udział w maratonie. Powrót do Świnoujścia jest już zdecydowanie trudniejszy i ledwie udaje mi się zdążyć na wręczenie medali pamiątkowych dla “jedno-” i “dwupętlowców”. Kiedy wszyscy pochłaniamy przepyszny żurek, organizatorzy informują, że pierwszy śmiałek zakończył już przejazd 750 km w ciągu 29 godzin. Czapki z głów! Bez komentarza.


Dekoracja uczestników maratonu na dystansie 250 i 500 km

Poniedziałkowy poranek - czas na powrót. W pociągu ponownie spotykam Pana Aleksandra z Gdyni. Pokonał 2 pętle, jest pełen podziwu dla Pana Wacława, który przejechał 3 okrążenia i tym samym wyprzedził go w jego grupie wiekowej. Jedzie z nami także berlińczyk Pan Roland Listner. Oprócz kolarstwa ma jeszcze jedną pasję - język polski, porozumiewa się nim bez problemu, choć jak mówi w Polsce bywa tylko na maratonach rowerowych…
Wspaniały wyjazd, świetni ludzie, już nie mogę doczekać się przyszłorocznych maratonów, bo jestem pewny, że wezmę w nich udział!

ze strony Lubuszanie 73

Popularity: 12% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 20 wrzesień 2004
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »