Archiwum maj, 2005

Zgodnie z przewidywaniami ktoś odskoczył

“Pętla Drawska 2005″

Mirosław Pyszczek

9 czerwca w Choszcznie odbył się kolejny maraton szosowy. Była do przejechania pętla o długości 301 km. Pierwszy to raz zagościł Puchar Polski do tego sympatycznego miasta, dlatego z wielką ciekawością przyjechałem na tą imprezę. Maraton zbiegł się z uroczyście obchodzonymi dniami Choszczna. Po Łobzie miałem zamiar nie jeździć już długich dystansów, ale znalazł się taki co mnie namówił. Aura znowu płatała figle. W dzień startu po godzinie dziewiątej rano było ok. 9 stopni i nieźle wiało. Jak na czerwiec to trochę za zimno. Startowaliśmy w grupach po piętnaście osób. Trzon grupy stanowiła garstka sprawdzonych w poprzednich edycjach kumpli z którymi fajnie się jeździ. Reszta osób była z przypadku. Założeniem była równa, spokojna jazda przez cały dystans. Bez szaleńst na bufetach - punktach kontrolnych i z możliwością spokojnego oddawania moczu.

Zgodnie z przewidywaniami na początku ktoś odskoczył, potem ktoś został z tyłu. Po kilkudziesięciu kilometrach została nas szóstka i to był najprzyjemnieszy moment jazdy na całym dystansie. Pracowaliśmy bardzo zgodnie. Po dwustu kilometrach mieliśmy bardzo dobrą średnią (ponad 32km/h), którą osiągneliśmy nimalże bez wielkiego zmęczenia. Jechało sie rewelacyjnie, był nawet czas pogadać. Ale co dobre nie trwa wiecznie. Powoli zaczęliśmy doganiać różnych ludzi, którzy przez jakiś czas jechali dalej z nami. Dogoniliśmy również uciekinierów z naszej grupy, którzy odskoczyli od nas na początku. Byli nieźle wypompowani i współpraca nie układała się najlepiej. Nam raczej nie zależało na miejscu, ani na czasie, więc jechaliśmy spokojnie dalej w dość dużej grupie.

Zaliczywszy ostatni bufet na trasie postanowilśmy za Łobezem zatrzymać się na chwilę i wypróżnić ostatni raz nasze pęcherze. Gdy cała duża grupa zaczęła zwalniać w wiadomym celu usłyszeliśmy syrenę policyjną. Funkcjonariusze chcieli najwidoczniej zwrócić nam uwagę, że blokujemy znaczną część drogi. W tym momencie zatrzymaliśmy się i wszyscy zgodnie zaczęliśmy oddawać mocz. Policjanci postali chwilę, popatrzyli, machneli ręką i pojechali dalej. Wyglądało to bardzo zabawnie. Podczas ostatnich kilkudziesięciu kilometrów część jadących z nami trochę się ożywiła i tempo znowu fajnie wzrosło. Odpadło kilka osób po tym jak jakiś młody chłopak wyszedł na zmianę i nieźle ciągnął przez długi okres czasu.

I tak w dość ostrym tempie cała grupa dotarła szczęśliwie do mety. Tylko raz (zgodnie z tradycją) dopadł nas deszcz. Popmimo, że dół ubioru miałem na krótko, to nie zmarzłem. Dopiero na mecie, gdy zacząłem stygnąć przy grochówce zrobiło się dosyć zimno i na dodatek zaczął padać deszcz. Uważam, że maraton w Choszcznie był bardzo udany. Organizatorzy pokazali jak się powinno przeprowadzać takie imprezy. Po przebraniu się poszliśmy na basen, gdzie fajnie wygrzaliśmy się w saunie. Potem ognisko, piwo i dobre żarcie. Oczywiście wszystko za darmo. Naprawdę super. Trasa ciekawa, dużo sympatycznych hopek, no i to towarzystwo na trasie sprawiło, że bawiłem się doskonale. Dużą pętlę przejechałem w czasie: 9:41:47.

Tekst pochodzi ze stronyi Mirka 

Popularity: 80% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 31 maj 2005
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »

Wywiad ze Zdzisławem Kalinowskim

liderem Pucharu Polski w Maratonach Szosowych po dwóch edycjach 2005

Jak długo jeździsz na rowerze? Jak się przygotowywałeś do maratonu? Jakie były twoje pierwsze przygody z rowerem? Co było dla Ciebie najtrudniejsze na trasie?

Zdzisław KalinowskiProsto na wszystkie pytania mógłbym odpowiedzieć tak. Może od początku w roku 2003 miałem operacje kolana (wiązadło krzyżowe plus plastyka). Ortopeda obawiał się, że nie zdołam odbudować mięśni nóg . Problemy z bieganiem mam do dziś, lecz Choszczeński ośrodek rehabilitacyjny i znajomi jeżdżący na kolarskich rowerach min. C.Gazda namówili mnie do jeżdżenia na rowerze gdyż są to inne obciążenia dla stawów. Do marca odrzuciłem kule. Zacząłem skromnie od górala kupionego w makro. Rower nie dotrwał pierwszego przeglądu.

I choć pierwsza jazda trwała dłużej niż przebiegnięcie kiedyś tej samej trasy. 20 kwietnia 2004r. Z.Malinowski świetny kolarz, a zarazem fachowiec złożył mi rower wyścigowy. Zacząłem jeździć sam. Pierwsza wywrotka, nie zdążyłem wypiąć butów z pedałów, następnie zderzenie z samochodem, który nagle zahamował. Kiedyś oprócz kolarstwa uprawiałem wiele różnych dyscyplin sportowych. Np. z boksu zapamiętałem wiele życiowych lekcji. Bokser który pada na deski jeszcze walki nie przegrywa, chyba że z nich nie wstaje. Nie poddaje szybko siebie, swego celu. Po prostu nie jest skończone dopóki nie wygrasz.

Później zacząłem jeździć w grupie, tu także wywrotka, liźnięcie koła, pierwsze szlify wiele tego jest choć krótko siedzę na rowerze. Ktoś powiedział mi kiedyś że przeżyłem 80 lat w 48. Nie zraziło mnie to że nie mogłem utrzymać równowagi na trenażerze rolkowym. Za namową J.Szymkiewicza wzięliśmy udział w 2004 roku Klasyku Kłodzkim i Świnoujskim maratonie.

Mój cel jaki miałem do 20 kwietnia to przejechać na rowerze 20 tysięcy kilometrów , był za mały bo go osiągnąłem. To były jazdy w deszcz śnieg i mróz, a cały grudzień z uwagi na to że cały dzień od 7.00 do 20 był wypełniony pracą jeździłem w nocy po 22 , miasto oświetlone lampkami świątecznymi no i światła na przejściu wyłączone. Pamiętam pierwszy stycznia 2005 godzina 12.00 pełno szkieł na ulicach po sylwestrowych szampanach, a ja na rowerze.

Pierwsze miejsce w Świnoujściu, przyznaje to był mój cel ogromną pracę którą wykonałem przed maratonem , dodawała mi wiary że jest to możliwe , ponieważ nie ma darmowych obiadów. To jest moje pierwsze zwycięstwo na rowerze , choć w ogóle zwycięstw miałem spore i nadal zamierzam zwyciężać z sobą. Jeśli pomyślisz , to stwierdzisz że wystarczy być ciągle lepszym od siebie a wtedy pokonasz każdego. Wiem że każdy może tego dokonać obudzić w sobie olbrzyma a potem nie pozwolić mu tylko zasnąć. Dystans 510 kilometrów mnie nie przestraszył , gdyż wcześniej zgłosiłem się na 1008 kilometrów , Świnoujście-Ustrzyki Dolne.

Myślałem o starcie w pierwszych grupach a także o jeździe samemu, gdyż chciałem pokonać za dnia polskie drogi. Bałem się dziur , tym bardziej jak jadący na pierwszej pętli ze mną w porze złapał gumę. Nie znałem wielu uczestników maratonu ale wiedziałem kto wygrał w zeszłym roku maraton. Od kwietnia podszedłem do treningu bardziej profesjonalnie. Zacząłem jeździć bardziej na czas niż na objętość. Nie sądziłem że w kolarstwie jest tyle wiedzy. Kiedy budowałem dom zaczynałem go od potężnej ławy abym mógł na niej jak najwięcej kondygnacji postawić. Sadze że kolarze co roku budują jeden dom tzn. bazę a w miesiącach startowych mają wtedy to co potrzebują. Ktoś powiedział że w sezonie się jeździ a w zimę się wygrywa wyścigi.

Pytasz co było dla mnie najtrudniejsze na trasie? Może to dziwne ale to co dla innych najtrudniejsze. Obawa że zabłądzę i że złapię gumę , bo tak się działo w maratonach 2004 r. Przebierając się po pierwszej pętli zostawiłem niechcąco opis trasy, lecz wiedząc że jadę sam wziąłem dwie dętki. Zaraz za promem zabłądziłem, dlaczego ? Bo spytałem przechodnia, chciałem być pewny, a mówią “kto pyta nie błądzi”, ale do skutku spytałem ponownie i zawróciłem.

Chcę podziękować Wiesiowi Rusakowi za pożyczenie kluczy na PK Pasewalk, gdyż jechałem ponad 100km z luźną kierownicą. W tym roku na trasie także trafiłem na jelenia. W zeszłym roku na pierwszej pętli w Polsce , byłem na zmianie , prowadziłem grupę, a w tym w Niemczech na drugiej pętli o północy, lecz był to policjant, piszę jeleń bo tak samo się zachował, jak jeleń, kiedy mnie zatrzymano, użyłem hasła wyścig, on odskoczył i popędził mnie. Z Anklam nie wiedziałem jak wyjechać. Tam pomogła mi młodzież niemiecka idąca z dyskoteki, skierowali mnie na Usedom. Dętki, jedną przebiłem w Szczecinie, a drugą na 1500 m. przed metą , na krawężnikach w Świnoujściu.

Myślę że temat wyczerpałem. Zaczynając przygodę z rowerem, chciałem tylko odbudować mięśnie nóg !!!

Z kolarskim pozdrowieniem Zdzisław

Popularity: 14% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 26 maj 2005
Kategorie: PucharPolski, wywiady | bez komentarzy »

Maraton odbył się w Świnoujściu

Marek Czerwiński

Maraton odbył sie w Świnoujściu zgodnie z planem. Relację przygotował nasz specjalny wysłannik Marek Czerwiński, który zajął piąte miejsce na dużym dystansie.

Jazda całą noc w ciemnościach jest nieprawdopodobnym przeżyciem. Przebiegające przez drogę dzikie zwierzęta, specyficzny, orzeźwiający chłód, cisza zakłócana tylko szmerem wolnobiegów i sunących po asfalcie opon, uśpione wsie, opustoszałe drogi, szemrzące cicho wielkie wiatraki i coraz większa nadzieja. A w górze świeci “łysy” w asyście gwiazd….

Wiosenna próba
Kwiecień to miesiąc, w którym wiosna tak naprawdę dopiero raczkuje. Zwłaszcza w tym roku- ciągle narzekamy na chłód, boimy się przymrozków. W tym kontekście rozgrywany w drugiej połowie kwietnia ultramaraton- 510-ciokilometrowy wyścig dookoła Zalewu Szczecińskiego może budzić dreszcze. Początkowo miałem w nim nie startować, bo bałem się i dystansu, i wczesnej pory. Kiedy jednak zadzwoniła do mnie redakcyjna koleżanka- mistrzyni Polski MTB Justyna Frączek z zapytaniem “czy dałbyś radę pojechać” to co miałem zrobić? Powiedzieć, że się boję?

Przed wyścigiem
Sam dojazd na imprezę z drugiego końca Polski był dla mnie ciężką próbą. Po pracy, w południe rozpocząłem kolejową tułaczkę z przesiadkami, by dopiero po północy stawić się w bazie noclegowej, w kampingu “Relax”. W moim domku wszyscy już spali, postanowiłem więc wejść po cichu, nie przeszkadzając nikomu. Naprzód w ciemnościach przewróciłem rowery, rozlałem przygotowane do wyścigu napoje, rozsypałem czyjeś rzeczy, a gdy w końcu wpakowałem się na, jak sądziłem, moje łóżko stwierdziłem, że jest w nim jakaś kobieta. W końcu znalazłem swój kąt, opatuliłem się kocem i zasnąłem jak kamień.

Pierwsza runda
Obudziło mnie przenikliwe zimno, ale też słońce wyglądające zza okna. Wreszcie się wykąpałem, ubrałem na siebie wszystko, co tylko się dało i poszedłem się rozejrzeć. Atmosfera świetna, sportowa, ale przyjacielska, wszyscy życzliwi, weseli i przeżywają to, co się za chwilę stanie. A stanie się już po raz piąty. Ponad stu kolarzy zmierzy się z dystansem maratonu. Na razie wszyscy mają nadzieję na przejechanie prostszego wariantu- 255 km; kto odważy się na ponad pół tysięczny rajd?
Specyficzne to ściganie, oprócz klasycznych szosowców są też różne indywidualności- kolarz z rowerem poziomym, cykliści z wyposażeniem turystycznym, starsi, młodsi, śmiałkowie, widzę też kobiety. Organizatorzy z głową na karku, pełni entuzjazmu i zapału. Miło, sympatycznie. Trasa oczywiście nie jest zabezpieczona przez służby porządkowe- na to nie mógłby sobie pozwolić nawet Czesław Lang. Przecież to odległość kosmiczna! Będziemy więc mieli na szosie towarzyszy- nieznośnych kierowców samochodów. Startujemy w małych grupkach, co pięć minut tak, by wszystko było zgodnie z przepisami drogowymi. Wreszcie kolej i na mnie. Ruszamy. Uczucie niezwykłe, mając przejechanych parę kilometrów i stojąc przed zamkniętym szlabanem kolejowym czuję, że te pół tysiąca kilometrów to dość sporo. Jedziemy żwawym tempem. Średnia ponad 30/h. Daję mocne zmiany, ale po nich peletonik się rozpada. Są lekkie podjazdy. Robi się nieco cieplej, jest wciąż ładnie.
Pierwszy postój, strefa bufetu. Można się wreszcie wysikać, napić czegoś ciepłego, zjeść batony. Ciągle jednak masz wrażenie, jakbyś jeszcze nie wystartował. Generalnie rzecz biorąc ta pierwsza, 255-ciokilometrowa połowa maratonu nie była dla mnie ciekawa. Presja dystansu była potworna, a jednocześnie jechać było trzeba z zawodnikami, którzy myśleli tylko o krótkim dystansie i zamierzali forsować szybsze tempo. W dodatku silny wiatr dawał się bardzo we znaki, zniechęcał. Niemcy piękne, malownicze, czyste, ale kierowcy raczej nie lepsi, niż w Polsce. Dość sporo ścieżek rowerowych i w zasadzie po nich mamy obowiązek jechać, ale przecież nie będziemy urządzać wyścigu na wąskiej nitce wypełnionej turystami z dziećmi. Pędzimy więc drogą, co kierowcom się nie podoba. Półmetek poprzedzony jest malowniczymi podjazdami. Wreszcie Świnoujście.

Po półmetku
Trzeba zrobić postój, ale nie za długi, czas ucieka. Melduję się w punkcie kontrolnym i pędzę do swojego domku, by zjeść coś ciepłego. Wpadam do środka i zderzam się z nagą kobietą, która właśnie brała prysznic. Krzyczę, że nic nie widzę i łapczywie zajadam się makaronem jednocześnie nakładając na nogi dodatkową parę ciepłych skarpet. Zaczynam wierzyć- uda się, powinno się udać! Ktoś krzyczy, że na drugą pętlę wyjedzie tylko kilkunastu kolarzy i ma być w nocy przymrozek. I, że trzeba się śpieszyć, bo zaraz będzie przeprawa promowa. W końcu staję na trasie i zaczyna się prawdziwe ściganie. Przeprawa przez prom i razem z kolegą- Danielem Śmieją pędzimy dość szybko w kierunku Szczecina. Dopiero teraz zaczęły się emocje i zrozumiałem, co to w tym wszystkim chodzi. Noc przed nami, co to będzie, jak pokonamy wszystkie przeszkody. Tempo szybkie, jak na tak ogromny dystans, jedziemy około 30/h, ale kolega niestety nie startuje na szosówce tylko na ciężkim góralu. Mimo to systematycznie doganiamy kilkuosobową grupkę walczącą o podium w całym maratonie. Dużo rozmawiamy, atmosfera wspaniałej przygody, ale dopiero, gdy zaczęło się ściemniać, zaczął się cyrk. W robotę poszły lampy halogenowe, bez których nie poradzilibyśmy sobie z podłymi dziurami przed Szczecinem. W pewnym momencie po wjechaniu w jakąś koleinę, na skutek wstrząsu moja lampa zsunęła się z kierownicy i wszystkie jej wnętrzności- akumulatorki, żarówka, obudowa rozsypały się na szosie. Dopiero, gdy na czworakach, po omacku zbierałem wszystko do kupy, zaczęło do mnie docierać, że pomału pojawia się lekkie znużenie.
Na punkcie kontrolnym dobre wiadomości. Nie tracimy wiele do rywali i przede wszystkim zostało dla nas sporo gorącego picia. Od razu zrobiło się cieplej w nogi. Wszystkie miasta, które w dzień były zmorą ze względu na ruch, w nocy stały się wybawieniem ze względu na oświetlone ulice. Tuż po przejechaniu granicy niemieckiej dopada nas straż graniczna. Żądają dokumentów, po chwili życzą miłej jazdy i puszczają wolno. Jazda całą noc w ciemnościach jest nieprawdopodobnym przeżyciem. Przebiegające przez drogę dzikie zwierzęta, specyficzny, orzeźwiający chłód, cisza zakłócana tylko szmerem wolnobiegów i sunących po asfalcie opon, uśpione wsie, opustoszałe drogi, szemrzące cicho wielkie wiatraki i coraz większa nadzieja. A w górze świeci “łysy” w asyście gwiazd. Ciągle żywe, agresywne tempo. Jakieś sto kilometrów przed metą dopadliśmy “peleton” i teraz około sześć osób łakomie marzy o podium. Mi sił zabrakło dosłownie na ostatnich 70 kilometrach. Zaczął się kryzys i koniec. Na szczęście wiatr był już słabszy. Bolały porządnie kolana, trochę plecy. Na mecie radość, emocje.
Epilog
Zakończenie imprezy wspaniałe. Zdzisław Kalinowski zwyciężył na długim dystansie z czasem 18 godzin i 15 minut (rekord trasy). Na dystansie “krótkim” pierwsze miejsce zajął Robert Peterczuk. Najszybszą kobietą okazała się Joanna Liczner, mistrzyni Europy we wbieganiu po schodach. Zaledwie 13 osób pokonało dłuższą wersję maratonu, ja byłem piąty i jak każdy otrzymałem piękny medal. Każdy, kto się targnął na półtysięczną trasę budził podziw i zbierał gratulacje. Największe pan Jan Ambroziak, który mimo wieku pokonał jedną rundę w czasie 20 godzin i pięciu minut. Po drodze zabłądził gdzieś w lesie, ale ostatecznie nie dał najmniejszych szans przeciwnościom losu. Naprawdę było warto i chociaż przez całą trasę powtarzałem sobie, że to jedyny raz w życiu, kiedy porywam się na takie szaleństwo, to w gruncie rzeczy już teraz myślę o poprawieniu wyniku za rok. Do czego też czytelników gorąco zachęcam.

ze strony bikeboard.pl

Popularity: 11% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 24 maj 2005
Kategorie: PucharPolski, relacje, w mediach | bez komentarzy »