Archiwum czerwiec, 2005

Wywiad z Danielem Śmieją

liderem Pucharu Polski w Maratonach Szosowych w kategorii rower MTB po trzech edycjach

Jesteś liderem PP w maratonach szosowych w kategorii MTB, ale specjalizujesz się w innych imprezach, czy traktujesz to jako trening czy jako odskocznie?

Tak, moją specjalnością są maratony rowerowe na orientację, jednak zawsze pasjonowały mnie długie dystanse bez względu na formę maratonu, czy to rowerem czy pieszo. Supermaratony szosowe to zarówno kolejna forma rywalizacji na bardzo długim dystansie, jak i bardzo dobry trening, zważywszy że jak do tej pory, w tym roku, startowałem na rowerze treningowym.

A propos czy twój rower to przemyślana sprawa jest, nie wygląda na “uszosowiony”, czy z premedytacją startujesz na typowym góralu nawet nie wymieniając opon?

Jak widać jeżdżę na dość dziwnym rowerze jak na tego typu maratony, i jak już wspomniałem jest to rower treningowy, i nie zamierzam go tuningować specjalnie na kilkanaście godzin jazdy po top by zaraz po znowu go przerabiać. A opony, używam sprawdzonych opon Ritchey SpeedMax alfa & omega o najmniejszych możliwych oporach toczenia, z możliwie maksymalna przyczepnością w trudnych warunkach (błoto, śnieg, lód) w rozmiarze 1,9”. Jest jeszcze jeden aspekt, nic tak nie podbudowuje psychicznie jak fakt, że śmigam na moim sztywnym, ciężkim rowerze i objeżdżam niejednego zawodnika na super sprzęcie za kilka kilkanaście tys. złotych. Jak stwierdzę, że już pora to się przesiądę na właściwy rower, na którym startuje w najważniejszych maratonach. Na razie jeszcze trenuję.

W Świnoujściu startowałeś z pierwsza grupa, która miała z założenia jechać możnym tempem, jak oceniasz ten pomysł? Czy twoje założenia taktyczne się sprawdziły na tej imprezie?

W Świnoujściu postawiłem wszystko na jedna kartę, założenia taktyczne były właściwe, jazda w ściśle dobranej grupie, która się nie porwie po kilkudziesięciu kilometrach jazdy, czyli idealne warunki aby wykręcić bardzo dobry czas. Do Stepnicy wszystko szło zgodnie z założeniami, prędkość średnia ok. 32-34km/h, równe tempo bez żadnych zrywów. Niestety jakość asfaltu za Stepnicą pozostawia wiele do życzenia i grupa się poszarpała, przy czym nastąpił wzrost prędkości do ok. 36-40km/h a to jak dla mnie było trochę za dużo i na tych wszystkich szarpaniach straciłem sporo sił, ale grupa mi nie uciekła. Przed Goleniowem wszystko się ustabilizowało z tym, że jechaliśmy tak ok. 36km/h ale to mi jeszcze odpowiadało. Niestety przed Szczecinem dopadły mnie problemy jelitowe (biegunka), i jazda wtedy nie sprawia przyjemności, tak więc dociągnąłem się z chłopakami za Lubiszyn i odpuściłem sobie. A to co się działo za Pasewalkiem to kto był ten wie, samotna jazda pod wiatr kosztowała mnie wiele sił i nie byłem już w stanie załapać się z kolejna grupą. Tak więc założenia nie sprawdziły się, ponieważ planowałem czas poniżej 20h, jednak wiatr i inne czynniki nie pozwoliły na ich realizację. Drugą pętle pokonałem w całości z Markiem Czerwińskim, który jechał na szosówce, nadawał tempo jazdy a ja robiłem za przewodnika. Mimo tych problemów start w Świnoujściu uważam za udany, poprawiłem się o kilka minut w porównaniu do startu z przed dwóch lat.

Organizujesz MRDP czy to jest główne wyzwanie startowe dla tego roku? Wiem, że jeśli sobie założysz jakąś imprezę to ja realizujesz, tak było w przypadku Nocnej Masakry, czy tak będzie z MRDP? Może parę słów o tym skąd pomysł?

W tym roku jest wiele imprez priorytetowych: Imagis Tour, TransCarpatia, Harpagan, Próbe Mamuta niestety odwołali, jednak MRDP ze względu na swoja długość będzie najcięższym maratonem, a dla mnie podwójnie ze względu na jego organizację. Tak samo jak Nocna Masakra MRDP powstało spontanicznie, luźna rozmowa, rzuconych kilka pomysłów. W przypadku MRDP była to dyskusja na forum Supermaratonów, odnośnie organizacji maratonu w poprzek Polski ze Świnoujścia do Ustrzyk Górnych, i zrodził mi się pomysł dlaczego nie pójść krok dalej i zrobić maraton dookoła Polski, w końcu jeszcze czegoś takiego nie ma w Europie a najdłuższy znany mi maraton w Czechach ma zaledwie 1246km. Amerykanie mają się czym pochwalić, tamtejszy RAAM ma długość 3000mil,to dlaczego u nas nie ma być czegoś podobnego. A u mnie od pomysłu do realizacji dużo nie trzeba, wytyczyłem trasę, policzyłem ilość kilometrów, ale się wahałem jaką formę organizacji przyjąć, czy ma być to koleżeńska trochę dłuższa wycieczka, czy wyścig. Ostatecznie decyzja padła na wyścig, więc będziemy walczyć zarówno z innymi jak i ze swoimi słabościami. A sam maraton odbędzie się bez względu na ilość uczestników nawet jakbym miał tylko sam wystartować.

Dziekujemy za rozmowę i połamania kół

Popularity: 16% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 30 czerwiec 2005
Kategorie: PucharPolski, inne, wywiady | bez komentarzy »

V Supermaraton - dookoła zalewu Szczecińskiego

inżynBiKer

W zeszłym roku startowym nie było równowagi.

Co tydzień była walka i zapomniałem o turystyce. A to przecież od tego zaczęło się rowerowanie. Na początku z sakwami, później już na góralach po szlakach i nie tylko. Ten rok już taki nie będzieie. Będą wyścigi i wyścigi. Będą wyścigi rzeźnie, wyścigi walki do upadłego, gdzie średnie HR nie będzie miało prawa spaść poniżej 180. Będą też wyścigi pokoju, przejechane dla czystej przyjemności rowerowania. Genchi Genbutsu - jak mawia japońska filozofia Toyoty. Wracam do źródeł. New InzynBiKer Way. W ubiegłym tygodniu była rzeźnia. Do Łomianek przyjechało 1500 bikerów i trzeba było walczyć. To nic, że w jakimś leśnym wyścigu, który normalnie ominęło by się z daleka. Komu zależało na punktacji nie mógł odpuścić. Za tydzień będzie czterodniowa rzeźnia w Karpaczu. Żaden rzeźnik (oprócz oczywiście naszego króla) trzeciej rzeźni pod rząd nie wytrzyma.

Do Świnoujścia jechać jednak trzeba. Naczytał się człowiek o cyklu pucharu polski w maratonach szosowych i zawsze chciałem zobaczyć jak to jest z tym ściganiem po płaskim i asfalcie. Kalendarz startowy jest taki, że w tym roku pasuje tylko ten jeden wyścig. Promocja z biletami i jedziemy do Świnoujścia. Ja i Grzegorz.

Grzegorz z zamiarem przejechania 500, ja oczywiście lightowo. W pociągu spotykamy swoich. Trochę ludzi z Warszawy wybiera się na wyścig. Zaczynam rozmawiać z jednym z nich. Przedstawia się: Krzysiek Patrzę dokładnie mu w twarz olśnienie i pytam: Krzysiek C.?. Niesamowite klimaty. Spotkać kolegę ze studiów po 15-tu latach i do tego jadącego na tą samą imprezę. No nie mogę. Oj będzie się działo na wyścigu, będzie. Całą drogę wspominamy stare dobre czasy. Jest też okazja porozmawiać trochę o zawodach, dowiedzieć się czegoś dokładniej na temat całej imprezy i specyfiki ścigania Wieczorem docieramy do Świnoujścia. Fajna atmosfera. Widać, że wszyscy się znają. Zero stopni, niedogrzane domki i wreszcie upragniony sen. Rano wstajemy i promem na start. Jest około 140 startujących. Peleton niestety nie może być razem i wszyscy podzieleni są na 15-to osobowe grupy Przed startem wysyłam maila do orgów z prośbą aby znaleźć się w jednej z Grzegorzem. Prośba nie zostaje spełniona i jadę dwie grupy po nim. Na nieszczęście tak się złożyło, że w ostatniej. Przed startem długo zastanawiałem się nad specyfiką tego rodzaju wyścigów.

MTB - wiadomo. Tutaj jesteś sam, sam pracujesz na swój wynik i nie ma przypadkowości. Na szosie inaczej. Siądzie człowiek na koło i jak pasożyt może sobie jechać nie męcząc się zbytnio. W taki właśnie sposób jadę pierwsze kilometry. Na liczniku 30, na pulsometrze 160.

To 160 to trochę za dużo. Założenie przedstartowe było takie, żeby wyścig przejechać przy 150, ale z drugiej strony, jak tu nie wykorzystać okazji. Zaraz pewnie zaczną się zmiany. Cieszę się, że wkrótce będę miał okazję do trochę innego niż zwykle ścigania. Coś tam w głębi duszy się dzieje. Może jednak w dniu dzisiejszym się pościgać, a darować sobie czterodniówkę?

Przede mną bardzo kulturalny zawodnik. Przed każdą dziurą daje ostrzegawcze znaki. Fajnie myślę sobie i jadę spokojnie. Wjeżdżamy na gorszy asfalt. W tym miejscu gdyby chciał ostrzec przed wszystkim i dziurami musiałby chyba jechać bez trzymanki. Niestety nie ostrzeżony wpadam w jakąś totalną dziurę i staje się to co najgorsze. Na 7 km łapię gumę…

W sumie normalka, ale nie do końca. Jestem ostatni. Wiem już, że będę jechał sam. Przypominam sobie jeszcze jedno. Zapomniałem wziąć z domu drugiej dętki zapasowej. Po wymianie nie będę już miał co zmieniać, a wjeżdżamy przecież do Niemiec. Sprawnie zmieniam dętkę i o dziwo patrze, że popsuła mi się pompka. Próbuje pompować ale jak tak dalej pójdzie to pompowanie to mnie jeszcze zdublują. Na szczęscie przyjeżdża dobra wróżka, zatrzymuje się, pożycza mi pompkę i mogę jechać dalej.

Przyjemna trasa. Woliński park. Robię zdjęcia. Wjeżdżam do Wolina i oczywiście pytam się o sklep rowerowy. Dobrze, że dzisiaj sobota. Kupuje dętkę i już bardziej spokojny (choć nie do końca, bo nie ma w sklepie pompek) jadę dalej. Dopiero około 50 km wyprzedzam pierwszą osobę. Jak się później okaże na metę dojedzie dopiero o 4 rano. Po kilku km widzę jeszcze dwóch, którzy się wycofali. Co jakiś czas wyprzedzam. Przed bufetem jedziemy we dwójkę i rozmawiamy trochę o wyścigu. Okazuje się, że kolego miał ciekawą przygodę. Jechał w pozycji skulonej i nie zauważył stojącego samochodu i miał bliskie spotkanie. Nic nie mówię ale wracają wspomnienia. Kiedyś biłem swój prywatny rekord dystansu i miałem podobne zdarzenie. Do dzisiaj się zastanawiam jak udało się nie uszkodzić samochodu, a wypadek skończył się jedynie zdrapanymi kostkami.

Wreszcie jest pierwszy bufet. Ktoś powiedział wcześniej, że na bufecie można będzie kupić dętki. Dyskutujemy o promocji. Przemiła obsługa, udaje mi się wytargować parę złotych i ciesze się, bo mam już właściwy zapas. Na bufecie mam szczęście. Trochę inaczej niż w mtb. Tam lepsi biorą wszystko. Tutaj sprawiedliwie, każdy ma wydzieloną działkę a ewentualnie ostatni dostają coś extra. Tak w ogóle ten bufet to moje genchi genbutsu. Tak jak na pierwszych maratonach, w których startowałem. Czas aby się zatrzymać, porozmawiać, porobić zdjęcia. Trochę tęsknie za tymi czasami. Im człowiek jest bliżej początku stawki tym mniej radości w tym ściganiu. Ale może przesadzam. W tym roku będzie przecież równowaga, będzie i pokój i rzeźnia.

Szkoda, że popsuły się krajobrazy. Trochę jestem tym zawiedziony, bo liczyłem na przejażdżkę po ciekawej trasie. Dojeżdżam do Szczecina. Wreszcie prawdziwy sklep rowerowy. Kupuje pompkę. Teraz już spokojnie mogę wjeżdżać do Niemiec. Spotykam bardzo miłego zawodnika i postanawiam przejechać z nim miasto. Co jak co ale nie wolno się zgubić. Jeszcze mała sesja zdjęciowa przy bramie i później już sam swoim 150 jadę do granicy.

Granicznicy widząc numer startowy nawet nie proszą o dokumenty i puszczają dalej. To mniej więcej połowa dystansu i widać, że część osób zrobiła sobie dłuższą przerwę. Ja osobiście nie odczuwam takiej potrzeby i jadę dalej. Rozczarowanie totalne krajobrazami. To chyba najmniej ciekawy fragment etapu. Poza tym te ścieżki rowerowe. Przyznaje, że część z nich sobie odpuszczam.

Drugi bufet.

Miał być 10 km za pierwotnie planowanym na stacji. Jadę już 12 km i zastanawiam się, że może go już minąłem. Spotykam jednak jedynego startującego na poziomym rowerze, który ma ten sam dylemat. Wiem już na pewno, że nie minąłem bufetu i jadę dalej.

Po 14 km wreszcie jest. Widać, że wszyscy mieli podobny dylemat, część osób nawet dzwoniła do orgów i jest to chyba jedyny minus (raczej minusik) w całej imprezie. Odpoczywam, przymierzam się obowiązkowo do poziomowego rowerowania, robię zdjęcia . W drogę. 150 HR i do Świnoujścia.

W Pasewalku wreszcie trafiam na grupę, która jedzie moim 150. Siadam na koło i cieszę się, że udaje mi się jechać przez kilkanaście km w tunelu aerodynamicznym. Przy Uznam zaczyna się wiatr. Nasz peleton się rwie. Nie chce jechać 170 i zwalniam. Ten wyścig to ma być przede wszystkim trening wytrzymałościowy. Trochę jednak przy długi jak na trening. Szczególnie w tej temperaturze. Jest zimno i zabrałem zimowe spodenki kolarskie. W normalnych warunkach są dobre. Mają jednak jeden minus. Nie mają pampersa i po 10 godzinach zaczynam trochę z tego powodu cierpieć. W poniedziałek konieczna wizyta u dermatologa. I to właściwie wszystko. No może jeszcze fotografia zachodu słońca. To przecież pierwszy zachód słońca zzoomowany podczas wyścigu.

Docieram na metę.

Żartuje sobie trochę, że wyjeżdżam na drugą pętle, ale szybko żałuje tego co powiedziałem widząc poważną minę organizatora, który chce zapisać mój wyjazd.

Wracam do zimnego domku, biorę kąpiel.

Niestety wrócili już wszyscy i muszę się myć w zimnej wodzie. Marznę tak, że nie mam siły wyjść coś zjeść. Na dzisiejszą obiadokolację muszą wystarczyć dwa carbosnacki.

Godzina czwarta Wchodzi bohater.

Grzesiu, okazało się, że nie dość że zaliczył 500 to jeszcze na drugim miejscu.

Podziwiam i w pewnym stopniu zazdroszczę (szczególnie dystansu), bo zawsze chciałem coś takiego zrobić.

O siódmej wstaje lekko wygłodzony. Trochę się dziwie, że bohater też już na nogach bo nie będzie czasu marnował. Trzy godziny snu po 500 km. To się nazywa dopiero regeneracja. Uspokajam się dopiero gdy spotykamy się na plaży i mówi mi, że dzisiaj pierwszy raz od niepamiętnych czasów nie poszedł rano pobiegać…

Po 11-tej rozdanie medali. Trochę się zdziwiłem. Każdy kto ukończył wyścig otrzymuje swój medal z dystansem i czasem pokonania. Atmosfera rodzinna, oklaski, każdy uczestnik podchodzi pojedynczo i odbiera trofeum. To na pewno niesamowite przeżycie dla wszystkich. Każdy jest bohaterem. Nie ważne czy champion, czy ten z tyłu stawki. Tak samo zasługuje na to ten, który przyjechał o 4 rano po przejeździe 500 jak i 250 km.

Wszyscy stoczyli niesamowitą walkę pokonując swe słabości. No właśnie czy wszyscy?

Wszyscy oprócz jednego.

Mnie jest po prostu wstyd. Żeby odbierać nagrodę trzeba na nią zasłużyć. Dla takich jak ja powinien być na mecie pomiar tętna i w przypadku jeżeli średnie z wyścigu będzie poniżej HR 70%MAX medal się nie należy. Gdyby wiedział, że będzie coś takiego po odbiór medalu bym nie przyszedł. Nagrzeszyłem mocno. Grzechy swoje wyznałem i jako pokutę wyznaczam sobie wyścigowe zaliczeniu supermaratonu. Szkoda, że następny PP, na którym będę mógł wystartować dopiero za rok.

A impreza naprawdę godna polecenia.

Jestem jednak grzesznikiem a nie cyborgiem i w bieżącym roku jeszcze nagrzeszę.

Kolejny raz już w Szczawnie na mojej ulubionej górze Chełmiec.

tekst ze strony Towarzystwa Cyklistów Pruszków 

Zdjęcia

Popularity: 11% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 20 czerwiec 2005
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »

Relacja z Maratonu w Łobzie

Robert “Romal” Malcher

Łobeski Maraton RowerowyTak się jakoś dziwnie składa, że większość szosowych maratonów organizowanych jest niezbyt daleko od Szczecina. Tak było i tym razem, więc w sobotę, z samego rana zapakowaliśmy się z Suchym w samochód i pojechaliśmy do Łobza. Pogoda zapowiadała się całkiem niezła. Od samego rana przypiekało słoneczko, trochę wiało, a meteorolodzy pocieszali, że padać będzie dopiero pod wieczór. Nie znałem trasy maratonu. Wiedziałem tylko jaki jest dystans i to mi wystarczało. Liczyłem, że oznakowanie będzie na tyle dobre, że nie zabłądzę tak, jak w zeszłym roku w Kłodzku.W maratonie startowało aż 180 osób, które wypuszczane były w 15. osobowych grupach co 5 minut. mapa trasy maratonuStart wszystkich trwał prawie godzinę. Ja trafiłem prawie na sam koniec, co niezbyt mi się podobało. Wolałbym, by ktoś lepszy mnie doganiał, niż żebym to ja musiał doganiać innych. Wszyscy znajomi startują wcześniej. 5 minut przede mną jedzie Irzi. Cel: dogonić. 10 minut przede mną jedzie Suchy. Cel: dogonić. Również 10 minut przede mną jedzie Wigor. Cel: o, nie, jego nie mam szans dogonić :)

Startujemy bardzo spokojnie. Nawet za spokojnie. Prędkość ustaliła się na 23 km/h. Co jest? Czemu tak wolno? Wyrywam się do przodu i kręcę 33 km/h. Kto chce jechać, niech się łapie, reszta niech się dalej turla. Po kilkuset metrach oglądam się za siebie. Nikt się nie załapał. Jestem zawiedziony. Będę musiał sam ciągnąć. Po kilku kilometrach moja grupa jest już tak daleko w tyle, że nawet jej nie widzę na dłuższych prostych. Zaczynam doganiać niedobitki z grup poprzednich, ale moich celów nie widać.Robert Malcher & Daniel Kukuła

Początek był z wiatrem, więc pierwszy punkt kontrolny w Resku osiągam nadspodziewanie szybko. Licznik wyświetla średnią 34 km/h. Na punkcie nawet się nie zatrzymuję, tylko lecę dalej. Od tego miejsca trasa wykręca na południe i zaczyna się samotna walka z wiatrem. Prędkość spada. Zaczynają się pierwsze podjazdy, więc prędkość jeszcze bardziej spada. W pewnej chwili oglądam się za siebie i widzę goniący mnie peleton. To moja grupa? Rozpędzili się? Doganiają mnie? Jeszcze przez chwilę walczę, gubię ich z zasięgu wzroku, ale w końcu dopadają mnie na podjeździe. Połknęli mnie, jak wieloryb połyka plankton. Nagle znalazłem się wewnątrz peletonu. Wiatr tu nie wieje, więc zmieniam biegi i ciągnę razem z nimi. To nie jest moja grupa, to mieszanina dwóch następnych, które wyjechały 5 - 10 minut za mną. Gnają niesamowicie szybko.Kamila Wielgus Pewnie większość z nich jedzie tylko jedną pętlę. Ja zamierzam przejechać trzy, więc dłuższa jazda z nimi jest niewskazana. Powoli daję się wyprzedzać tym, co jeszcze są za mną, aż w końcu odpadam. Zostałem wypluty z peletonu, jak wieloryb wypluwa przefiltrowaną wodę. Razem ze mną odpadło jeszcze dwóch innych rowerzystów. To Łukasz z Warszawy i Krzysiek z Łodzi. Obaj startowali w mojej grupie i dzięki temu rozpędzonemu peletonowi udało im się mnie dogonić.

Dalej jedziemy już w trójkę. Razem zaliczamy punkt kontrolny w Dobrej i razem tniemy pod wiatr do Węgorzyna. punkt kontrolny w WiewieckuWciąż doganiamy i wyprzedzamy grupki innych rowerzystów. Niektórzy jadą tak wolno, jakby byli na wycieczce. Na siedemdziesiątym kilometrze osiągam swój pierwszy cel, doganiam Suchego. Jedzie sam, bardzo spokojnie. Okazuje się, że siadają mu kolana i rezygnuje z robienia następnych pętli. Zostawiamy go w tyle i pędzimy do punktu kontrolnego w Wiewiecku. Tam niespodziewanie osiągam swój drugi cel, na punkcie właśnie odpoczywa Irzi. Ja też muszę chwilę odpocząć i nie zauważam jak Łukasz z Krzyśkiem odjeżdżają. No cóż, tak dobrze się z nimi jechało, a teraz dałem się zgubić.

Jan AmbroziakDalej jadę już z Irzim. Znów mamy wiatr w plecy, więc jedziemy szybko. Ten fragment trasy najbardziej mi się podobał. Wąska, pagórkowata droga kręciła między polami. Asfalt był w bardzo dobrym stanie, więc jazda była czystą przyjemnością.

Dojeżdżamy do Łobza. Czas na chwilkę refleksji i odpoczynku. Siedząc nad gorącym żurkiem łapię siły na następną pętlę. Ta pierwsza poszła całkiem nieźle, zrobiłem ją w niecałe 4 godziny ze średnią prędkością 29,5 km/h. Biorąc pod uwagę mnogość górek i silny wiatr jest to całkiem przyzwoity wynik. Obawy przed zabłądzeniem okazały się niepotrzebne, gdyż oznakowanie było znakomite. Nigdzie nie miałem wątpliwości co do przebiegu trasy. Oba cele, jakie sobie postawiłem też zostały osiągnięte, więc jestem z siebie zadowolony jak rzadko. Teraz czas na drugą pętlę. Postanawiam jechać dużo spokojniej. Wyścig się zakończył, teraz czas rozpocząć maraton.

Bogusław SzyszkaWyruszam w dalszą trasę. Wciąż jadę razem z Irzim. Wiatr nadal wieje jak opętany, więc zupełnie bez wysiłku lecimy ponad 30 km/h. Taka jazda to lepszy odpoczynek od siedzenia na punktach. Mimo to w Resku robię sobie chwilę oddechu. Irzi chętnie by pojechał dalej, ale też czeka. Na punkcie doganiamy trzech innych rowerzystów i dalej lecimy już w pięciu. To było bardzo pomocne na odcinku, na którym wiatr i wzniesienia najbardziej dawały się we znaki. Zgodnie z założeniem jedziemy dużo spokojniej, niż na pierwszej pętli. Nasza prędkość oscyluje wokół 20 - 25 km/h.

Jeszcze przed Dobrą zaczynam coraz bardziej odczuwać zmęczenie. Ciągnę się w ogonie i ledwo nadążam za resztą.na punkcie w Wiewiecku Walczę z sobą, by nie dać się zgubić. Bez nich nie dam rady jechać pod ten wiatr. Na każdym podjeździe zostaję daleko w tyle, a potem kładę się na lemondce i cisnę ile mogę, by dojść grupę. O dziwo wciąż udaje mi się ta sztuka i nie odpadam. Odpadła za to poznana w Resku trójka. Nawet nie wiemy jak to się stało, po prostu nagle ich zabrakło. Czyżby gdzieś się cichcem zatrzymali?

Daniel KukułaTamta trójka odpadła, ale doganiamy Krzyśka, z którym przejechałem kawał pierwszej pętli oraz jeszcze jakiegoś szosowca. Nasza grupka nadal jest więc wystarczająco liczna, by stawić czoła wiatrowi. Ja czuję się coraz gorzej. Boli mnie prawe kolano i mam obawy, czy dam radę wyruszyć na trzecią pętlę. Boję się, że mogę się zajeździć i będę musiał na dłuższy czas odstawić rower. Powoli nabieram przekonania, że trzeba będzie odpuścić sobie dalszą jazdę.Jerzy Ścibisz

Każdy kryzys kiedyś mija, więc i ja w końcu odzyskuję siły. Przed punktem w Wiewiecku rozwijam dawno nie widzianą prędkość i zostawiam Irziego i Krzyśka daleko w tyle w wyścigu do stosu pysznych bułek, jakie na punkcie rozdają. Zjadam jedną, potem drugą, a tymczasem Irzi robi myk i odjeżdża w siną dal. Chwilę po nim ucieka też Krzysiek. A to numeranci. Chcą mnie przechytrzyć w wyścigu do mety. Mam nad Irzim 5 minut przewagi i tak ma pozostać. Co to za ucieczka? Połykam bułkę tak szybko, jak tylko mogę i wskakuję na rower.

Daniel ŚmiejaZnów gnam jak szalony. Kolano odzywa się coraz mocniej, ale przecież do mety już niedaleko. Wyprzedzam Krzyśka, potem jeszcze kogoś i jeszcze jednego. Wszyscy próbują siąść mi na kole, ale tylko Krzyśka nie mogę zgubić. Dobry jest. Dopadam Irziego. Niezły kawał mi odjechał. Zwalniamy tylko na chwilę, po czym prędkość zaczyna systematycznie wzrastać. Pędzimy już prawie 40 km/h i wciąż się nawzajem wyprzedzamy. Do mety coraz bliżej. Krzysiek zaczyna finiszować. Grzeje ostro, pod górki nie mogę się z nim równać, więc nadrabiam na zjazdach. Nie pozwalam mu uciec. Gnając tak przez pola zostawiamy Irziego daleko w tyle. Do Łobza docieramy tylko we dwóch.

Koniec. Meta. A może nie? Może jeszcze ruszyć na trzecią pętlę? W końcu siły znów mi wróciły. No tak, ale kolanko może odmówić posłuszeństwa i co wtedy? Miotam się między TAK, a NIE. Jest już zimno, zaczyna siąpić deszcz. Czy chce mi się moknąć? A zresztą to będzie trzecia pętla! Trzeci raz to samo. Przecież od tego się może w głowie zakręcić! Macham ręką. Mam dość. Nie jadę. Nie cierpię pętli. Zawsze tak na mnie działają i zawsze potem zadaje sobie pytanie “czemu nie pojechałem dalej?”. Tak jest i tym razem. Nie pojechałem i już.

Robert Malcher & Krzysztof Kamocki

Łączny czas przejazdu dwóch pętli nie jest zbyt imponujący. Zajęło mi to 9 godzin. Prawie godzinę z tego zmarnowałem na postoje. To dużo. Nie spodziewam się wysokiego miejsca, z tym większym zaskoczeniem dowiaduję się, że jestem pierwszy w swojej kategorii wiekowo-rowerowo-dystansowej. Rzut oka na wyniki wyjaśnia wszystko: miałem tylko jednego konkurenta. Tak łatwo zdobyty puchar nie jest żadnym trofeum. Równie niespodziewanie puchar zdobywa Suchy, który przerwał jazdę po pierwszej pętli. On też miał tylko jednego konkurenta. Trochę tak głupio dostać puchar za nic, ale nie każdy musi o tym wiedzieć. Wystawiony na szafce prezentuje się okazale :)

zdjęcia:
Robert “Suchy” Suchecki
tekst ze strony Sakwiarz.pl

Popularity: 10% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 8 czerwiec 2005
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »