Archiwum sierpień, 2005

IV Gorzowski Maraton Rowerowy z bikeboard.pl

IV Gorzowski Maraton Rowerowy - nasza relacja
Epilog

Po Świnoujściu, Łobzie, Choszcznie, Srebrnej Górze i Gryficach przyszedł wreszcie czas na finał Pucharu Polski w Maratonach Szosowych. Impreza w Gorzowie zakończyła zmagania kolarzy- maratończyków w naszym kraju. Za nami ponad dwa tysiące kilometrów w słońcu, w egipskich ciemnościach, w deszczu, po górach, nizinach, w Polsce, w Niemczech, w blasku księżyca i gwiazd, na wietrze, a nawet na mrozie!

IV Gorzowski Maraton Rowerowy udał się jak mało która impreza w Polsce. Dopisała pogoda- było słonecznie, bez większego wiatru, bez upału; na zimno czasem narzekali ci, którzy zdecydowali się na długą pętlę- 419 km, gdyż ściganie kończyli w nocy. Uczestnicy pozostałych dystansów- 209 km i 71 km mogli już w pełni korzystać z uroków kończącego się lata. Było bardzo rodzinnie: z jednej strony sportowy, męski zapał tatusiów, z drugiej strony troskliwe mamy, spoglądające zza kierownicy na swoje pociechy, które też dzielnie startowały. “Ja postanowiłam wystartować, bo chciałam swojego chłopa pilnować, bo podobno kolarki na maratonach bardzo urokliwe” śmiała się jedna z uczestniczek zawodów. Potwierdzam, potwierdzam…
Rodzinna atmosfera

W atmosferze autentycznej przyjaźni i życzliwości, przy bardzo dobrze oznaczonej trasie (nawet taki niezdara, jak ja nie miała problemu z odnalezieniem trasy) bawiliśmy się świetnie. Widać, że organizatorom naprawdę zależało na tym, by każdy wyjechał z Gorzowa z najlepszymi wrażeniami. Każdy dostał pamiątkowe koszulki, emblematy i inne gadżety; estetyczny start, piękne krajobrazy na trasie, która wcale nie była tak do końca płaska. Może szkoda, że nie wystartowaliśmy wszyscy razem, ale cóż, życzenie praktycznie niewykonalne przy otwartym ruchu drogowym, poza tym trudno sobie wyobrazić bufet w takich warunkach. Specjalnie zatrzymałem się na dłużej w jego strefie, by podpatrzeć, jak wygląda tutaj organizacja. Byłem pod wrażeniem. Wcześniej nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak ciężko jest zorganizować taki punkt żywieniowy- obsługa bez przerwy obliczała, co trzeba robić, by dla wszystkich wystarczyło jedzenia, picia, by nikt nie czuł się pokrzywdzony. “Zróbcie coś, bo woda idzie jak woda!” “Jest jeszcze zapas rezerwy i powinno wystarczyć, ale przecież ci, co jeszcze nie przyjechali będą chyba bardziej spragnieni!” “Niech ktoś pomoże mi wziąć te banany!” Myślę, że organizatorzy nie mniej pracowali tego dnia od zawodników. Choć maraton odbywał się przy ruchu otwartym, jednak w rywalizacji z autami pomagała nam trochę policja.

Pan Jan Ambroziak
Najbardziej barwna osobowość polskich maratonów. O wieku nie ma co wspominać, jeszcze mu bardzo daleko do weteranów- rekordzistów, ale z drugiej strony naprawdę mało ma rówieśników, którzy dorównaliby mu wytrwałością, zawziętością, kondycją i zapałem. Wszyscy go lubią za ogromną pogodę ducha, otwartość, humor, życzliwość. Pan Jan jeździ szybko, zważywszy, na jakim rowerze startuje; ogromne wrażenie na mnie zrobiło to, jak brawurowo brał zakręty. Miał zamiar ukończyć długi dystans, bardzo się starał, rozmawiałem z nim na trasie. No cóż, jeszcze będzie miał niejedną okazję.
Pędząca kapusta
Wystartowałem w zawodach w bojowym nastroju: przecież po Świnoujściu, po podobnej trasie byłem piąty na długim dystansie i szósty w klasyfikacji OPEN całego Pucharu! Jednak szybko okazało się, że półmiesięczne rozprężenie w treningach i zmęczenie sezonem wzięły górę. Szybko zwolniłem i postanowiłem zamienić się w kompletnego turystę. Jechałem bardzo spokojnie. Poza kilkumetrowym odcinkiem, gdy niespodzianie przyszło mi się zmagać z tajemniczym jeźdźcem. Oto niespodzianie wyprzedza mnie na wielkim, topornym rowerze masywne chłopisko w stroju rolniczym. Na bagażniku spory kosz wypełniony kapustą, na nogach solidne gumiaki. Nadepnął mi na ambicję- jak to tak, mnie, na profesjonalnej kolarzówce? Przyśpieszyłem do 30/h. Gość trzyma się dzielnie, tuż za mną. Czuję się coraz bardziej zdenerwowany, przyśpieszam do 35km/h. Nie wierzę własnym oczom: wiejski cyklista trzyma tempo zamaszyście pedałując, wprowadzając w wibrację swój zardzewiały rower. I wreszcie oddycham z ulgą: kosz na jego bagażniku pęka, kapusta zaczyna się wysypywać. Teraz mi da spokój. Ale nie, bynajmniej, nie zważa na kapustę, tylko przyssał się do mnie! Co więcej- bez kapusty jedzie mu się znacznie lepiej! Pędzę 40km/h, tamten ani drgnie, sapie tylko i rzęzi rowerem. Horror! Chyba będzie wyprzedzać, bo zmienia geometrię ramy. Wysłużona Ukraina pęka, a moja kolarska reputacja pozostaje niezagrożona. Rolnik jest potrójnie przegrany: nie wyprzedził mnie, w dodatku skasował rower, a kapustę diabli wzięli.

Pożegnanie lata
Maraton zbiegł się w czasie z okazałym festynem, na którym gorzowianie żegnali lato. Mrowie ludzi, mnóstwo atrakcyjnych imprez, konkursów, pokazów… Nie trzeba było być kolarzem, ani kibicem, by na mecie maratonu świetnie się bawić. Również miejsce na mecie tak naprawdę nie było tak ważne, jak uczestnictwo. Wieczorem, gdy zdecydowana większość kolarzy odpoczywała, bawiła się, wymieniała wrażeniami, około trzydziestoosobowa grupa śmiałków wciąż walczyła na trasie długiej pętli. Przez telefony komórkowe dochodziły do nas lakoniczne informacje o ciężkiej rywalizacji, o złapanych gumach, wywrotkach, stratach i przewagach. Pierwszy na mecie długiej pętli zameldował się oczywiście niezmordowany Zdzisław Kalinowski, który pewnie sięgnął po Puchar Polski. W Gorzowie przyszło mu walczyć zaciekle na “kresce” z Marcinem Sierantem. Pan Zdzisław był w tym sezonie bezkonkurencyjny. Grzegorz Bogdajewicz wygrał na “krótkim” dystansie, Dariusz Wróbel “ogolił” małą pętlę (71 km). Zwycięzców było zresztą mnóstwo (rozmaite kategorie).

Nie da się ukryć: pojawia się w polskim kolarskim światku nowa, liczna, dobrze zorganizowana i zżyta grupa prawdziwych amatorów, może nie tak “wyżyłowanych”, jak pseudoamatorzy- Mastersi, ale przecież o to właśnie chodzi. W maratonach ważna jest bardzo wytrwałość, silna wola, a nie tylko przygotowanie kondycyjne. No i oczywiście to, by wszyscy dobrze się bawili. Jak na przykład w Gorzowie.

relacja ze strony bikeboard.pl

Popularity: 13% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 30 sierpień 2005
Kategorie: PucharPolski, relacje, w mediach | bez komentarzy »

X Rajd Dookoła Tatr 28.08.2005

Adam Filipek

Każdy Polak mający bzika na punkcie jazdy rowerem szosowym po górach staje pewnego pięknego dnia na przejściu granicznym, gdzieś na południowej granicy z nadzieją przeżycia niezapomnianych chwil u naszych czeskich lub słowackich sąsiadów. Ja oprócz szaleństw na dwóch Klasykach Kłodzkich oraz w Beskidzie Żywieckim i Niskim dokonałem wcześniej objazdów Gór Izerskich, Karkonoszy i góry Pradziad w Jesennikach. Zawsze wracałem z tych wypraw uśmiechnięty, zadowolony i dumny z lekkim bagażem ekscytujących wrażeń.

Wszystkie te wspomnienia powróciły gdy w zeszłym roku w internecie znalazłem informację o odbywającym się corocznie Rajdzie Dookoła Tatr. Nie musiałem podejmować decyzji o starcie - ja się urodziłem by przejechać te trasę. Pozostawało czekać i przygotowywać się… W tym roku zaplanowałem ostry trening, udział w dwóch imprezach cyklu PPMS - Pętla Drawska i Klasyk Kłodzki. W obu imprezach odniosłem osobisty sukces, a rankiem 28 sierpnia miałem przejechane ponad 6500km w tym roku - rekord życiowy!

W Nowym Targu pojawiłem się w towarzystwie Zdzicha, który również połknął haczyk. (tak jak ja weteran KK lecz dystansu 148km). W sobotę przed Rajdem zaplanowałem traskę na Gubałówkę, a potem przez Zakopane i Bukowinę Tatrzańską do Nowego Targu (83km). To był jedyny sensowny pomysł na spędzenie tego słonecznego popołudnia na Podhalu. Odcinek tej trasy - podjazd pod miejscowość Ząb i atak szczytowy na Gubałówkę - charakteryzuje się bardzo stromymi podjazdami. Jest to coś w rodzaju czasówki pod Donjon w Srebrnej Górze. Widok z Gubałówki oczywiście wart jest tych dwóch wiader potu jakie zostawiliśmy po drodze. Na szczycie znajdziecie też… piwo. Asfalty na tej trasie? Polskie! Zdzichu mówił, że to była przesada, a nie rozgrzewka. Poszliśmy spać w Obidowej - 10km od Start/Mety Rajdu w Nowym Targu. Nocowaliśmy u góralki w pięknych okolicznościach przyrody za niewielkie pieniądze.

Rano w niedzielę - dzień startu - czynności rytualne wokół siebie i roweru. Nic nie może zostać pominięte bo od tego zależy przetrwanie na trasie. Pogoda bez Słońca, ale pułap chmur powyżej ciągnących się na południu ciemnogranatowych grani tatrzańskich. Dodam, że w stronę zachodnią ciągnących się jakby w nieskończoność. Tam ukryta jest przeprawa przez główny grzbiet - podjazd na Ostrą. Taki widok oglądaliśmy z zakopianki dojeżdżając rano do Nowego Targu.

W miejscu startu - wyłączony z ruchu deptak - przed sklepem rowerowym Rowex kłębił się już tłumek kolorowych panów i osób towarzyszących. Ściany budynków podpierały cacucha najróżniejszych firm i nie dostrzegłem, żadnych naturalizowanych na tę okoliczność MTBówek. Nie było czasu rozgladać się po bogatym asortymencie sklepu. Odhaczyliśmy się na liście, dostaliśmy reklamówke z logo rajdu, a w niej koszulkę kolarską również z logo. Jeszcze pamiątkowe zbiorowe zdjęcie i weseli, kolorowi panowie dopadli swoich maszynek i atmosfera stała się już krańcowo napięta. Plecaki ze wszystkim co przydałoby się na punktach kontrolnych zapakowane do wozu technicznego. Organizator - własciciel sklepu dał sygnał do zbiorowego startu 3 minuty przed ósmą. I zaczęło się…

Po starcie peleton składający się z 73 uczestnków zajął cały pas ruchu, rozciągnął sie na odcinku 100m i z umiarkowaną prędkością 27-30 km skierował się do Czarnego Dunajca. Ciepło, przez ciemne okulary chmury wyglądały złowrogo, ale jasne było, że to wymarzona pogoda kolarska. Samochody techniczne i inne towarzyszące co jakiś czas wyprzedzały peleton, a pasażerowie pstrykali fotki. Samochody przypadkowych użytkowników drogi ostrożnie, ale bez większych problemów wyprzedzając nas chowały się do peletonu. Humory dopisywały. Grupa Ślązaków z czoła peletonu wznosiła jakieś huralne okrzyki. Zajeliśmy ze Zdzichem miejsce w środku pierwszej połowy peletonu by było najbezpieczniej. Gdy na moim liczniku pojawiła się wartość 4.99km z peletonu niczym dwie torpedy z łodzi podwodnej wystrzeliło dwóch uczestników i… tyle ich widziałem. Pomyślałem, że skoro jest to Rajd Doooła Tatr to największym przegranym jest ten kto jest pierwszy na mecie. Za Czarnym Dunajcem pozwoliłem sobie poprowadzić przez 2km bo to jedyna okazja w życiu by nadać tempa peletonowi. Tak dotarliśmy do przejścia granicznego w Chochołowie. Niecierpiliwi nie czekając na odprawę popędzili dalej w dół. A my w małej grupce jadąc wolniutko zaczęliśmy formować zasadniczą grupę na nowo. Nie wspomniałem, że będąc na granicy mieliśmy za sobą już pierwszy podjazd widoczny na profilu trasy. Nie zrobił on jednak na mnie wrażenia i jedynie ostatni kilometr między potokiem, a szlabanami to stroma ścianka. Dziwne - zaraz na Słowacji zaczęło symbolicznie kropić lecz zaraz przestało. Tempo wzrosło, a jadąc w dużej grupie należało całą uwagę poświęcić najbliższemu otoczeniu. Zauważyłem jednak, że w mijanych miejscowościach ludzie tłumnie wychodzili z kościołów i chcąc nie chcąc musieli zwracać uwagę na nasz Rajd. Przypominało to już do złudzenia prawdziwy wyścig. Brakowało mi tylko numerów startowych. Kilka hopek i wjechaliśmy na szeroką drogę w dolinie i skierowaliśmy się na Podbiel. Tam w lewo i zaczął się “Run to the hills.” Przestaliśmy łagodnie zjeżdżać, a zbliżając się do szczytów Tatr Zachodnich łańcuchy powoli zaczęły się naprężać. Za Habowką i Zubercem zostało już tylko kilka kilometrów jazdy po w miarę płaskim terenie i tam na 65 km na hopce, która miała z 50m długości nastąpiła kraksa. Upadło dwóch, a trzeci wpadł do rowu. W pierwszym momencie wygladało to na totalny karambol. Na szczęście prędkość nie była duża, a ja przezornie trzymałem się osi jezdni i ominąłem leżących. Niestety dwa rowery jechały od tej pory na dachu samochodu technicznego. Brakło nieszczęśliwcom 2km do podnóża podjazdu na Ostrą gdzie grupa porozrywała się, a tempo spadło do połowy tego co napisano na ostrzegawczym znaku - 16% !

Zaczęliśmy wkręcać się pod pierwszy z dwóch zasadniczych podjazdów na trasie Rajdu. Droga prowadzi w poprzek zbocza i po lewej stronie rozkoszować się można widokiem pogłebiającej się z każdą minutą doliny. Gdyby był upał byłoby niemiłosiernie ciężko. Prawie 20km pod górę. Podjazd odpuszcza w jednym miejscu lecz na chwilę. Nie ma serpentyn więc czasem widać było przed oczami długą stromą wstęgę asfaltu, a na niej “kolorowe robaczki”. Starałem się by nie jechać za nikim bo dostosowywanie tempa do kogoś było denerwujące. Samotnie wjechałem na Ostrą ponad 1100 m.n.p.m. i… z zaczął się bajeczny zjazd. Szeroka droga, a po tej stronie Tatr było wiele zakrętów, asfalt ok. Żałowałem tylko, że nie znając trasy i chcąc jechać bezpiecznie musiałem “skradać się” nieco przed zakrętami. Cudownie było. Trzeba to jeszcze powtórzyć… kiedyś. Na wypłaszceniu przypomniałem sobie, że Zdzichu został przy znaku 16% więc nie cisnąc zbytnio postanowiłem poczekać. Dopadła mnie jednak 7 osobowa grupka i tak zabrałem sie z nią do pierwszego bufetu na 90km w Liptowskich Matiasowcach. Zdzichu stacił do mnie tylko 2 min. Nie zdziwiło mnie to bo on na zjazdach zawsze daje z siebie wszystko (99km/h max do Barda).

Na bufecie dostaliśmy wodę i banany. Kto chciał mógł sobie zażyczyć łychę energetycznego Maxima w proszku do bidonu. Ja rozpuściłem sobie własnego sprawdzonego Isostara Long Energy i pojechaliśmy dalej we dwójkę zostawiając sporo ludzi w “strefie” bufetu gadających o dotychczasowych przeżyciach. Jakże to był odmienny obrazek od tych widzianych na punktach kontrolnych Pucharu Polski gdzie zawsze obserwuję karykaturalny pośpiech (który w tym roku mi także się udzielił he he).

Przejazd przez Liptowski Mikulas nudnawy. Jednak my pasjonowaliśmy się akcją pościgową peletonu, który dopadł nas kilometr przed estakadą autostrady. Mimo, iż zasadnicza grupa była dobrze rozpędzona zostaliśmy w niej. Zaczęliśmy wkrótce podjazd pod Strbskie Pleso po zboczach Krywania. Początkowo płasko, a im dalej tym droga niezauważalnie pięła się coraz stromiej w górę. W tej sytuacji grupa wpadła w trans. Udzielił mi sie on na tyle, że poczułem odpływ sił, ale isostar w takich sytuacjach czyni cuda. Kilkanaście kilometrów przed Strbskim Plesem grupa porwała się i zaczęły się indywidualne zmagania ze słabościami. W owym czasie można było już dostrzec strumienie deszczu lejące sie na stoki Tatr Niżnych oddalonych o ponad 20km od Krywania. Gdy minęliśmy tory kolejki zębatej jasne się stało, że przd nami kilkadziesiąt kilometrów opadającej łagodnie “Szosy Wolności” (chyba można tak to tłumaczyć). Okazała się ona szosą “bezkresnych wiatrołomów”. Zdjęcia na stronie Zuza nie oddają ogromu zniszczeń. Las po obu stronach drogi przez 25km w pasie 4-6km jest zrównany z ziemią (powalony wiatrem lub spalony). Straszne…smutne… taka jest przyroda. (W Nowym Orleanie też o tym coś wiedzą). Do Starego Smokowca poszedłem już “w trupa” bo nie mogłem na to patrzeć. Ganitowe giganty Tatr Wysokich zostawały jeden po drugim z prawej strony - Krywań, Gerlach, Slavkowski. Wszystkie spowite mgiełką u szczytu, a z tej mgiełki sączyła się mżawka.

W Starym Smokowcu drugi bufet. Zdecydowałem, że nie biorę kurtki, a już w Tatrzańskiej Łomnicy padało konkretnie. Szczyt Łomnicy było jednak widać. W którymś momencie za mną przez drogę pzregalopowała spora łania. Jak to zwierzę uchowało się na tym pobojowisku? W Tatranskiej Kotlinie hamowanie mokrymi klockami przy 55km/h bo na skrzyżowaniu skręt w lewo. Na znaku “Polsko 22km”. Przestało padać. Kolejna wspinaczka pod Zdziardkie Pleso urozmaicona ucieczką  przed kilkuosobową grupką. W zasadzie cały czas od Smokowca tempo na maksa, a mimo to ktoś mnie wyprzedza, kogoś ja dopędzam. Ciągle coś się dzieje. Do Łysej Polany zjeżdżamy w czwórkę. Nad Orlą Percią kłębiły się bardzo ciemne chmury więc po  machnięciu dowodem osobistym wskakuje na rower i wkręcam się na ostatni podjazd - Głodówka - 200km. Czuje się bardzo dobrze. Na Głodówce odwracam się i gór już nie widzę. Tylko chmury. Wiem, że zostało już tylko 25km pzrez Bukowinę, Białkę do Nowego Targu. Dzień wcześniej na tym zjeździe w górnych partiach wyprzedzaliśmy ze Zdzichem samochody jadące grzecznie za rozklekotanym roburem. W niedzielę nic nie przeszkadzało pędzić całymi kilometrami 50-60km/h. Asfalt w Bukowinie momentami wprawia rower w wibracje jak na bruku. Pędzę dalej po lekko opadającej drodze na Podhalu, a jednak koleś wyprzedzając mnie pokazuje mi, że można szybciej (leci nadal ponad 50km/h). Odpuszczam, nie chce mi się już. Samotnie zbliżam się do Nowego Targu i wieżdzam na deptak przed sklepem gdzie był start. Nikogo nie ma?

Ależ są. Kilkunastu uczestników siedziało już za sklepem gdzie na trawiastym zacisznym podwóreczku gdzie urządzono piknik. Ognisko, grilek, kirłbaski, herbatka, piwko, chlebek, miski z wodą do umycia rąk i twarzy. Miła pani pyta o imię i nazwisko po to by wpisać je w okrągły dyplom. Tak - udało się objechać Tatry!!! Zdzichu przyjeżdża koło 20 min po mnie w dużej grupie i zaraz potem samochód z plecakami. Jest po wszystkim. Ludzie są zadowoleni. Wielu brało udział w imprezie kolejny raz. Gdy pakowaliśmy rowery do samochodu nagle lunęło tak, że piknik zakończył się zaraz po naszych podziękowaniach i pożegnaniu.

Jak mogę podsumawac imprezę, dzięki której spełniłem swoje marzenie - objechać Tatry? 225km ze średnią 28.80km/h - zaskoczyło mnie to. Taka średnia w górach? Sukces! To dlatego, że jechałem sporo w grupie i profil trasy mimo jednego długiego i stromego oraz jednego bardzo długiego podjazdu oferował moc elektryzujących zjazdów. W KK suma podjazdów i zjazdów też jest równa zero, ale profil jest bardziej dynamiczny. No i asfalty zdecydowanie gorsze. W Kotlinie Kłodzkiej taka średnia jest dla mnie niewykonalna.

Jednym zdaniem - Rajd Dookoła Tatr - to jazda obowiązkowa dla rowerowego fana jazdy szosowej.

Popularity: 12% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 28 sierpień 2005
Kategorie: inne, relacje | bez komentarzy »

Wszyscy uczestnicy dojechali i zmieścili się w limicie

Ultramaraton IMAGIS-TOUR - ŚWINOUJŚCIE - USTRZYKI 1008 km
Cezary Urzyczyn
Kilka słów na gorąco:

Najważniejsza wiadomość: Wszyscy uczestnicy dojechali, zmieścili się w limicie 72 godzin , bez kraks, bez większych awarii, tylko jedna guma. Na mecie wyglądało, że wszyscy są zadowoleni, choć grymas bólu mięśni i stawów zniekształcał twarz, więc trudno było rozpoznać czy się cieszy czy krzywi ….. Ale wszystkim udało się ukończyć !!! - GRATULUJEMY SOBIE NAWZAJEM !
Ale od początku…
Na starcie W Świnoujściu stanęło nas 15. Najmłodszy 23 lata, najstarszy chyba 40 lat starszy (!) Wszyscy chcą przejechać ten tysiąc z jak najlepszym dla siebie czasem. Nastroje bojowe, rowery lśniące, uśmiechy i pozdrowienia, spisanie testamentu etc. Fotki, telewizja, radio machamy…. Jak zawsze w Świnoujściu salwa armatnia po przemówieniu burmistrza i szlaban się otwiera; ruszamy. Macha nam też Wiechor; najbardziej zakręcony wyspiarz.

Pierwsze kilometry o dziwo w wysokim tempie i wysokiej kadencji. Na  liczniku średnia ponad 33 na godzinę. Ale numer - taka średnia utrzymuje się do….. aż trzy setnego kilometra. Głównym zaciągającym na zmianach był Zdzichu Kalinowski. Kolejno z takiego tempa rezygnowali co rozsądniejsi wiekiem i rozumem. Stopniowo liczebność zasadniczej grupy topniała 10, 8 osób. Na dużym punkcie kontrolnym ok. 330 km Zdzisiek był przed wszystkimi nawet przed organizatorami. Za parę minut wpadamy na punkt .
I co odpoczywamy dłużej? , jemy dużo? kąpiemy się? Przebieramy? Czy śpimy tu trochę ? Pytam Olka z Gdyni. - Musze się na chwilę położyć, muszę to wszystko przemyśleć- powiedział ze stoickim spokojem i poszedł do pokoju … zobaczyłem go dopiero na mecie.

Kto chciał mógł spać po 1/3 dystansu, inni po gorącym posiłku, którego nie było, pojechali dalej. Zasadnicza grupa to teraz 6 osób. Tempo nie spada. Jak Kalina wychodzi na zmianę podkręca do 35, długo tak być nie mogło. Ok. 500 km urywa się od nas zabierając na kole Daniela Śmieję. On się owszem śmieje, ale na 750 km sam puszcza Kalinę.
Organizatorzy nie przewidzieli takiego tempa. Punkty kontrolne nieprzygotowane na nasz przyjazd. Trzeba było ruszać tyłek i ruszać głową co zrobić. Mamy książeczki a punkty kontrolne to stacje CPN; podbijamy więc pieczątki stacji, żeby nie myśleli że dystans przefruneliśmy. Duża wyżerka i dłuższy postój to drugi duży punkt kontrolny na ok. 700 kilometrze. Nas trzech: Jacek z Krakowa, Paweł z Sierpca i Czarek z Warszawy decydujemy się na krótki 2 lub 3 godzinny sen. Nie jesteśmy przecież cyborgami. Zjadamy porządny obiad. Kąpiel i pozycja horyzontalna dają nam regenerację. Czy to wystarczy aby przejechać góry? Po drodze opowiadamy sobie mity o podjazdach i serpentynach bieszczadzkich. Poznajemy swoje charaktery, wychodzą z nas i te złe cechy. Wyczerpanie robi swoje. No bo wpatrywać się w swoje (męskie-brzydkie) tyłki przez tyle godzin. Bez kobiet i telewizji. Na szczęście piwo jest po drodze i żona co chwilę pyta w sms - czy jeszcze żyję? Żyje, ale CIEŻKIE JEST ŻYCIE KOLARZA.

W Bieszczady wpadamy w nocy i na szczęście- bo nie widać podjazdów, ale i co gorsza słabo widać zjazdy. Na jednym ze stromych zjazdów pod wpływem wibracji spada mi przednia lampka. Słyszę jak z hukiem rozpryskuję się o asfalt. Przy prędkości 60 km/h nawet przez myśl mi nie przeszło aby się wrócić, Nie było co zbierać.

Na szczęście mam drugą ale słabą. A na nieszczęście ta słabą zobaczył policjant w Lesku i dawaj nas spisywać.
A wie pan skąd my jedziemy - próbuję zagadnąć gliniarza, aby złagodzić wymiar kary - A z różnych stron tutaj przyjeżdżają - odpowiada mi z kamienną twarzą pan władza.
Tracimy na darmo 10 min i gonimy we  2 kolegę, który nam zwiał. Wschód słońca na połoninach bieszczadzkich i jeszcze na siodełku - to jest to co koi nasze małe rozumki. Tablica - Ustrzyki Górne wydaje nam się bramą do raju. Dwa dni temu byliśmy nad morzem. Udaje nam się w pięciu przejechać w czasie poniżej dwóch dób.
Pierwszy oczywiście - kto dojechał ? - Zdzichu Kalinowski z czasem ok. 40 godzin za nim Daniel Śmieja. Przyjechał ok 2 godz za Kalinem Jako trzeci wpadli: piszący te słowa Czarek Urzyczyn z W-wy, Paweł Sekulski z Sierpca i z nami jeszcze Jacek z Krakowa.
Nasz czas 46 godz 44 min. Średnia z licznika to 29,5 km/godz. Tylko jak my się zmieścimy na podium ?? Ale nie podium się liczy bo nie dla podium tam jechaliśmy. Każdy walczył ze sobą samym i z dystansem oraz z czasem. Chyba każdy z uczestników jest dla siebie mistrzem świata. Coś sobie udowodniliśmy i o to min. chodziło. Każdy miał swój cel.

OGÓLNIE IMPREZA UDANA - choć można by znaleźć wiele błędów. Ale nie warto narzekać. Kto trochę zajmował się organizowaniem takich imprez wie jak to jest. DZIĘKUJEMY ROBERTOWI I CAŁEJ EKIPIE OD SPONSORÓW PO WOLONTARIUSZY. Specjalne dzięki dla naszego rodzynka ALI - z wozu technicznego która uśmiechem nadrabiała braki i pomagała w odzyskaniu sił. Jak ja odzyskam siły, pomyśle jeszcze o takich maratonach. Inni też niech myślą.
umieszczono dzieki uprzejmości Cezarego Urzyczyna.

Popularity: 12% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 21 sierpień 2005
Kategorie: Imagis, relacje | bez komentarzy »