Archiwum styczeń, 2007

XI Rajd Rowerem wokół Tatr (27.08.2006)

Tomek Tomczak

W tym roku obaj już po raz drugi wzięliśmy udział w Rajdzie Rowerem wokół Tatr i podobnie jak w zeszłym roku jesteśmy zachwyceni atmosferą i organizacją tego rajdu. Wpisujemy go już na stałe do naszego kalendarza imprez kolarskich. Oto relacja Tomka:

Dla mnie zeszłoroczny Rajd był w ogóle pierwszą w życiu imprezą kolarską w jakiej brałem udział i patrząc na tegoroczny wynik, to wygląda że ten debiut był niezwykle udany, bo w tym roku pojechałem w sumie nie wiele lepiej mimo, że ten rok przepracowałem bardziej “profesjonalnie” ;)

W tym roku niestety spóźniłem się na start, jakieś 2 min ale to miało kolosalny wpływ na przebieg, najpierw próbowałem dogonić peleton by po jakiś 15km dać sobie z tym spokój - wiedziałem, że najgorsze przy takim dystansie to przeszarżować na początku. Na szczęście gdy dojechałem na przejście w Chochołowie okazało się, że jeszcze spora grupa tam “marudzi” przy “wozie technicznym” więc nie straciłem tak całkiem kontaktu z peletonem. Potem aż do miejscowości Podbiel jechałem w kilkuosobowej grupie, której skład trochę się zmieniał - przez jakiś czas jechałem z dwoma kolegami z CYKLOKRAKA - jak się później okazało jeden z nich jadący na Kellysie z lemondką to “Spros” - uczestnika 1000km maratonu “IMAGIS” w poprzek Polski.

Za Podbielem jak tylko zaczęło się lekko pod górę nasza grupka się rozerwała, przez kilka chwil jechałem z jakimś starszym kolegą kolarzem, którego akcent wyraźnie zdradzał miejscowe pochodzenie. Ale jak tylko zaczął się bardziej stromy podjazd za Zubercem ten pan został z tyłu, a ja znów zacząłem doganiać i wyprzedzać kolejnych uczestników rajdu. Dla mnie z moimi niecałymi 60kg żywej wagi - im stromiej tym lepiej ;)

Na pierwszym bufecie (w ogóle dotąd jechało mi się super, nie czułem jeszcze efektów tego gonienia na początku) miałem średnią prawie 30km/h co jak dla mnie jest super i po cichu liczyłem, że te 27km/h uda się dowieźć do końca.

Za pierwszym bufetem aż do L. Hradoku - spokojne tempo ok 30km/h w 4-6 osobowej grupce - zapamiętałem tylko pana w stroju “BigMan”, który na pewno jechał też w zeszłym roku. Ale przed Prybyliną na początku długiego podjazdu grupa też zaczęła się rozerwać - “BigMen” odjechał równym tempem, a zaraz za nim jego kolega, ja z kolei oderwałem się od pozostałych kolarzy z tej grupki. No i samotna walka z niezwykle “mulącym” podjazdem - na szczęście po kilku km zza zakrętu widzę jakąś grupę - ha! - zapala się “czerwona lampka” i zaczynam gonić. Tym sposobem mijam kilku gości, min. kolegę na błyszczącej MERIDzie oraz 2 gości w koszulkach DISCOVERY, ale jeden z nich na trekkingu LEADER-FOX z błotnikami nie daje za wygraną i utrzymuje moje tempo. A ja swoim tempem, kilka km przed Styrbskim Plesem nareszcie doganiam Piotra - z powodu mojego spóźnienia na start tylko przez moment widzieliśmy się na pierwszym bufecie. Na skrzyżowaniu do Styrbskiego P. jestem pierwszy ale Piotr na zjeździe wyprzedza mnie - u mnie zaczyna się lekki kryzys i nawet nie chce mi się “dokręcać” na zjeździe - tym bardziej, że i tak za chwilę postój na bufecie.

A na bufecie - robimy sobie z Piotrem piknik ;) On ma w termosie zupę, ja kawę - i to była słuszna decyzja - żołądek zaczął mi się już lekko obkurczać i ciepła zupka - to było to! Żywienie to nasza “pięta Achillesowa” - zwłaszcza u Piotra, więc sokro była taka możliwość to postanowiliśmy wziąć coś ciepłego na ząb ze sobą. W zeszłym roku też mieliśmy zupę w termosie i to mnie wtedy uratowało bo już przed pierwszym bufetem miałem ostry kryzys żywieniowy.

Na drugim bufecie średnia była jeszcze ok 27km/h ale już zmęczenie zaczynało poważnie dawać się we znaki. Co gorsza - zaczęły mnie boleć kolana - niestety obserwuję to u siebie po ostrym (jak na moje możliwości) jeżdżeniu. Co więcej - 2 tyg. wcześniej w trakcie Rajdu do Kežmarku też kolana zaczęły mnie boleć i właściwie przez te 2tyg. pomiędzy tymi imprezami nie trenowałem tylko kurowałem kolana z myślą, żeby znów nie przeforsować się na RdT - ale ból wrócił. Co gorsza na 2 bufecie podjąłem fatalną decyzję o niezabieraniu z plecaka kurtki przciw deszczowej - optymistycznie założyłem, że się nie rozpada ale jak się okazało było to złe założenie. No i z tych właśnie przy czym - ostatnie 60km to była już tylko walka z samym sobą - zwłaszcza podjazd na Zdiarskie Sedlo dał mi w kość. Średnia leciała na łeb aby na Głodówce osiągnąć dno - czyli 25km/h. Piotr odjechał mi jeszcze przed Tarzańską Kotliną, a nasilający się ból kolan przekreślił nadzieje na dogonienie go na którymś z podjazdów. Na Głodówce nabyłem drogą kupna oscypka, który zawsze dobrze na mnie działa i dzięki korzystnemu ukształtowaniu terenu do mety udało się jeszcze nieco poprawić średnią, choć do Piotra straciłem ponad 10min.

Ostateczny mój bilans to:
Tm - 8:44:12 (9:14:33)
AV - 25,7 km/h
Vmax - 69 km/h
średnia kadencja - 79
HRav - 152 (w rzeczywistości zapewne ciut mniej, bo przez ostanie 1,5h padła bateria w czujniku)
HRmax - czort wie - interfrenecja z innym pulsometrem

Po drodze i na końcu pstryknąłem jeszcze parę fotek, kilka fotek zrobiła moim aparatem w czasie rundy honorowej przemiła koleżanka z “komitetu organizacyjnego”.

Podsumowując: kapitalna impreza, dużo trudnych podjazdów czyli tego co tygrysy lubią najbardziej - choć obiektywnie Klasyk Kłodzki (zwłaszcza tegoroczny) wyraźnie trudniejszy. Żałuję tylko, że podobnie jak w zeszłym roku nie mogłem zostać dłużej na imprezie po rajdowej - stąd większość uczestników kojarzę tylko po kaskach, koszulkach, rowerach - a nie imiennie.

Nieoficjalna strona Rajdu

Tekst ze strony GK Perfekt

Popularity: 24% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 28 styczeń 2007
Kategorie: inne, relacje | bez komentarzy »

Bordeaux-Paris 1931-1937

Piotr Ejsmont

Czas już na ostatnią, przedwojenną podróż wzdłuż szos Bordeaux-Paris.

Francis Pelissier nie dawał już rady silnym Belgom, którzy od 1926 do 1932 roku nieprzerwanie wygrywali francuskie “Derby”. Został dyrektorem sportowym i postanowił z nieznanych kolarzy uczynić pogromców Belgów. Od 1931 roku organizatorzy wprowadzili do wyścigu motocykle zwane komercyjnymi, za którymi teraz chowali się kolarze. Były to ciężkie, hałaśliwe motory z przymocowaną z tyłu belką, od której mogli się bezpiecznie odbijać kolarze, kiedy podjeżdżali za blisko swoich motorów. Przez kilka kolejnych edycji wyścigu wydłużano dystans, na którym kolarze korzystali z podciągania przez motory. W 1931 roku motory czekały na nich jeszcze w Orleanie, rok później już w Tours, potem w Poitieres, by od 1934 roku towarzyszyć kolarzom już od samego startu. Wyścig przekształcił się w gigantyczny wyścig za prowadzeniem motorów, nie na torze, ale na szosie. W 1938 roku ciężkie motory zamieniono na motorynki zwane derny.

Pierwszym „wynalazkiem„ Pelissiera był Leon Le Calvez. W 1931 roku miał zaledwie 21 lat, dopiero, co został zawodowcem i za sprawą „Wielkiego„ Francisa”, który jeszcze się ścigał, został oddelegowany do startu w maratonie. Le Calvez wcale się specjalnie nie przygotowywał do wyścigu. Liczył tylko na to, że będzie potrzebny swojemu liderowi w nocy, a potem będzie mógł jechać do domu.. Przeciwnikami byli silni jak zawsze Beldzy : Bonduel, Ghyssels, Ronsse, Julien Vervaecke, Luksemburczyk Frantz oraz Australijczyk Hubert Oppermann. Tylko 12 zawodników stanęło na starcie. Zostali oni zakwaterowani w Bordeaux w hotelu pozbawionym wygód. Pelissier nie należałby do rodziny Pelissierów, gdyby głośno nie zaprotestował: - Jeśli nas traktują jak kloszardów, to nie wystartujemy! - zapowiedział i patron Goddet musiał ugiąć się przed ta groźbą. Szybko przeniesiono kolarzy i ich rowery do luksusowego hotelu „Chateau Trompette”. Bunt został uśmierzony.

Kolarze wystartowali o 19.30 i szybko dopadły ich ciemności. Na 25 kilometrze do Leona podjechał Pelissier. - Ronsse ma defekt, to jest czas, by pojechać jak na rozżarzonych węglach dzieciaku - co było zachętą do zwiększenia tempa jazdy. Francis wyszedł na czoło stawki, za nim podążył Oppermann, ale miał on z tego powodu wyrzuty sumienia. - Jest mi przykro z powodu pecha Ronsse - mamrotał pod nosem szlachetny „Kangur” .Był prawdziwym dżentelmenem. Zresztą po zakończeniu swojej bogatej kariery kolarskiej został w swoim kraju ministrem pracy.

Na 170 km Ronsse miał już 18 minut straty do prowadzących. Ale to było mało dla Francisa. Zbliżył się ponownie do Leona : - Ciągniemy dalej - nakazał z błyskiem w oczach - Popatrz na innych. Już im czapki parują. Trzeba ich skończyć. . Atak trwał, ale na 30 km przed Orleanem niespodziewanie Ronsse wrócił do czołówki. Francis tak się tym zdenerwował, że silnie nadepnął na pedały, aż jeden mu się urwał. Wóz techniczny ekipy chwilę przedtem pognał do przodu, by przygotować motocyklistów. Francis dostał jakiś mały rower od widza. Męczył się nas nim bardzo Razem z Leonem musieli gonić czołówkę. Kiedy Leon za potrzebą poszedł w krzaki, wracając natknął się na Ludovica Fouilleta, szefa konkurencyjnej ekipy „Alcyon”. -Obserwowałem cię tej nocy mały - zagadał Fouillet - Spacerowałeś sobie na przedzie. Jesteś świeży jak różyczka. Ty możesz wygrać, nie przejmuj się dalej Francisem. Fouillet od początku sezonu robił podchody, by ściągnąć do siebie młodego Leona, ale ten pozostawał głuchy na jego sugestie. Dalej razem z Francisem kontynuował pogoń. Francis nagle zwrócił się do Le Calveza :
-Ja nie zajadę daleko, ale ty jedź, by wygrać! - w tym był zgodny z Fouilletem.

Przez to, że dotychczasowe tempo jazdy było bardzo szybkie, kolarze pojawili się w Orleanie o półtora godziny wcześniej, niż zakładano. Tutaj mieli przejąć ich motocykliści. Wszyscy byli gotowi po za motocyklistami Pelissiera, Le Calveza i Oppermanna. Francis umieścił trójkę motocyklistów 30 km dalej, by schować przed konkurentami jego sekretną broń: rowery wyposażone w ogromne przełożenia na ostrym kole, prawie łyse, jak torowe ogumienie. Kiedy kolarze dojechali do tego miejsca, motocykliści spokojnie ucztowali sobie w pobliskiej restauracji. Leon, który rzeczywiście czuł się dobrze, nie chciał tracić dystansu i schował się za plecami jednego z rywali jadącego już za swoim motorem. Zauważyli to sędziowie i nakazali Leonowi odpuścić koło. Na szczęście na szosie pojawił się jakiś zagraniczny motocyklista, który pozwolił kolarzowi przez dobrą godzinę jechać za sobą. Ale przy przejeździe przez jedną z miejscowości Le Calvez miał defekt. Zrezygnowany jechał jakiś czas, aż napotkał weselników, którzy tłumnie wylegli na drogę. Zaprosili go na przyjęcie.

-Cóż miałem robić? - wspominał Leon - Nie miałem już nic do stracenia, ani szans na zwycięstwo. Zasiadłem do stołu i dostałem dwa kurczaki.
Tymczasem nadjechał samochód, w którym podróżowali Goddet i Francis, który już zsiadł z roweru i przebrał się w cywilne ciuchy.
-Jesteś ostatnim Francuzem w wyścigu, Leon - poinformowali biesiadującego kolarza - Musisz wrócić na rower i absolutnie ukończyć wyścig! Przyrzekam ci, że zostaniesz powołany do drużyny na Tour de France.
Zachęcony tym Leon wrócił do wyścigu. Dojechał do mety i próbował nawet wykręcić najlepszy czas na ostatnim okrążeniu na Parc des Princes, co było honorowane specjalną nagrodą. Niestety, na wyjściu z ostatniego okrążenia wpadł na nieuważnego swojego motocyklistę i wykonał efektowny karambol. Z rowerem na plecach minął linię mety jako jedyny z Francuzów na piątej pozycji o 20 minut za zwycięzcą, Belgiem Van Rysselberghe (na zdjęciu po lewej). Jako 6-ty i ostatni przyjechał Oppermann, którego zgubiło używanie zbyt małych przełożeń. Goddet wywiązał się z danego przyrzeczenia i w lipcu Le Calvez wystartował w Tour de France, ale go nie ukończył

Rok później, w 1932 roku, Leon ponownie wziął udział w maratonie, a Pelissierowie wiązali z nim duże nadzieje. Henri zajął się jego treningiem i podczas wyścigu był jego motocyklistą. Wszystko przebiegało doskonale. W Orleanie Le Calvez miał już 10 minut przewagi i wtedy Henri zjechał do pobliskiej restauracji, by się pożywić, a rolę podciągacza przejął rezerwowy motocyklista. W mieście policjant wskazał im złą drogę. Po czterech kilometrach doścignął ich sam Goddet, by nawrócić ich na prawidłową trasę. Ale Leon nie prowadził już w wyścigu. Pech go nie opuścił. W Amboise jakiś pies wbiegł pomiędzy motocykl i rower Le Calveza.. Kolarz upadł. Francis, który jechał z tyłu w samochodzie, ocucił nieprzytomnego kolarza, a mechanik podał zapasowy rower. Francis złapał ten połamany rower , zamachnął się jak dyskobol i pięknym rzutem skierował nieużyteczną maszynę poprzez balustradę w dół w nurty Loary. To był gest bezsilności na takie złe przypadki. Le Calvez nie mógł wygrać wyścigu po raz wtóry, ale wygrał żonę. Kiedy męczył się dalej na trasie, przyuważyła go jakaś młoda dziewczyna i tak wzruszyła się ciężkim losem kolarza umorusanego na twarzy w ciemnej krwi, aż się w nim zakochała. Tyle tylko, że to nie była krew, a czekolada. Stanu zakochania to nie zmieniło i niebieskooka Aline poślubiła Leona.

Leon ścigał się do początku wojny. W 1933 roku odniósł swój największy sukces, wygrywając prestiżową czasówkę Grand Prix des Nations. Niestety został zdyskwalifikowany, bo pobrał bidon poza punktem żywnościowym. W latach 1952-56 podczas Tour de France był dyrektorem sportowym jednej z regionalnych drużyn.

W 1933 roku Francis postawił na 24-letniego Fernanda Mithouarda, którego nazywał „Mithou”(na zdjęciu po prawej). Na swojej fermie Francis założył małą szkółkę kolarską i tam właśnie przygotowywał „Mithou” do rozgromienia Belgów w wyścigu. Motocyklistą młodego kolarza był Henri Pelissier. W rowerze Fernanda Francis zamontował duże przełożenie 26 x 6= 9,25m. -Jeśli dojadę na czele do doliny Chevreuse, moich stron, wygram - oświadczył „Mithou”. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Jego bardziej znani rywale kapitulowali. Belg Julien Vervaecke osłabł z głodu i wycofał się. Francuz Jules Merviel przeżywał męczarnie i dotarł do mety jako ostatni. W Tours „Mithou” miał przewagę 3,20 minut nad Jeanem Bidotem. Potem zbliżył się do niego ubiegłoroczny zwycięzca Belg Romain Gissels. ”Mithou” złapał gumę i Pelissier wymienił mu rower na posiadający przerzutkę. Dzięki temu młody Fernand znowu zaczął powiększać swoja przewagę, która w Dourdan urosła do 7 minut. Wydawało się , że wyścig został rozstrzygnięty, kiedy na brukowanym podjeździe pod Cote de Buc Fernanda dopadł straszliwy kryzys. Nie miał sił, zsiadł z roweru i zwalił się do rowu. Francis wyskoczył z jadącego za nim samochodu . Wydobył z rowu, rozmasował nogi, wsadził na rower i podał na wzmocnienie kostkę cukru umoczoną w miętowym likierze alkoholowym. Pomogło! Mithouard wjechał z przewagą ponad 7 minut na tor Parc de Princes, gdzie powitał go tłum 40 tysięcy widzów. Niespodziewanie wygrał i do tego pobił jeszcze rekord trasy należący do Hureta z 1899 roku, kiedy kolarze od startu do mety pędzili za samochodami.
- Owszem , to ja pedałowałem, ale to Francis Pelissier powinien być uznany za zwycięzcę. -oświadczył „ Mithou” - Bez niego nie wygrałbym..
Jak się później okazało był to jego największy sukces w karierze.

W 1934 Francis doprowadził do zwycięstwa kolejnego adepta swojej szkółki, którym był nieznany 25-letni Jean Noret. Noret, „Mithou” i Merviel byli kolarzami stajni Pelissiera. Przed startem nakazał on całej trójce nadanie tak silnego tempa na pierwszych 100 km, by przeciwnicy mieli co najmniej 10 minut straty
- Czy jest to możliwe? - zapytał Francis swoich kolarzy
- Jeśli Pan tak każe - odparli i zrobili bez dyskusji, to co kazał ich szef.
Na 100 km mieli nad pozostałymi 9 minut przewagi. Potem do przodu pognał samotnie Noret i wygrał, wyprzedzając drugiego na mecie Raymonda Louviota o ponad 19 minut. Dla Noreta to też był wyścig życia, nigdy potem nie uzyskał wielkich wyników.

Francis z miernot potrafił uczynić gwiazdy, chociażby tego jednego dnia. Dlatego nazwany został „czarodziejem”. Konkurenci mamrotali pod nosem, że wynalazł on jakiś nowy środek dopingowy dla swoich podopiecznych. Francis odpowiadał ironicznie, że przez cały miesiąc żywił ich specjalną jajecznicą na strychninie. Tak na poważnie, to stwierdził, że „Mithou” przejechał cały wyścig na żółtkach z cukrem, a Noretowi dla wzmocnienia podał tylko na trasie dwie albo trzy lampki trójgwiazdkowego koniaku. Sukcesy jego kolarzy miały być rezultatem unowocześnienia rowerów, metod treningu (nie tylko fizycznego, ale i mentalnego).

Czary nie zawsze działały. W 1935 roku po raz pierwszy i ostatni w wyścigu wystartował najmłodszy z Pelisserów Charles. Na 500 km wycofał się z wyścigu w stanie całkowitego wykończenia.

Fascynujący był wyścig w 1937 roku. Na starcie stawiło się tylko 9 kolarzy. W ekipie „Mercier”,, gdzie został zaangażowany jako trener F.Pelissier jechał faworyt , doskonale przygotowany Roger Lapebie, a ponadto Roger Debenne i 20-letni debiutant Belg Joseph”Jef„ Somers. ”Dilecta Wolber” wystawiła jednego, doświadczonego zawodnika: Belga Fransa Bonduela, który był już 2 i 3 w tym wyścigu. Kolejnym faworytem był mistrz świata i triumfator Tour de France Georges Speicher. Oprócz mało znanego Auville stawkę uzupełniała trójka z drużyny ”Genialnego Lucypera”: Noret, wiecznie drugi Louis Thietard oraz 35-letni Benoit Faure, którego przezywano „mysz” ze względu na niski wzrost.

Pomimo upału wyścig rozgrywany był w bardzo szybkim tempie. Prowadzenie objął Lapebie. Na 270 km, kiedy jego przewaga wynosiła 4 minuty, niespodziewanie zsiadł z roweru i wycofał się narzekając na silny ból nerek .Teraz wyścig prowadził Somers, a za nim jechał Thietard. Francuz miał od samego początku niezwykłego pecha. Najpierw kichę złapała towarzysząca mu ciężarówka, z której dostawał na trasie żywność. Za nim samochód dogonił kolarza, ten umierał już z głodu. W Orleanie miał już pół godziny straty do Belga. Do mety było jeszcze 100 km. Nagle Belg zaczął jechać po szosie zygzakami. Zatrzymał się. Kilka razy wymiotował. Był blady na twarzy, pozbawiony kompletnie sił. Widać było ,że za chwilę się wycofa. Ostatkiem sił „Jef” zwrócił się do swoich zatrwożonych pomocników : - Dajcie mi trawy!- zażądał - Po co ci trawa? - Trawy! - upierał się kolarz, a kiedy mu ją dostarczono, zjadł ją.

No cóż, bardzo ekologiczni są ci Belgowie. Kiedyś jego rodak doił przy drodze podczas wyścigu krowy, teraz Somers odżywiał się trawą. Podejrzewano, że nadużył jakiegoś środka dopingowego, którego moc spotęgowała się przez upał i potrzebował jakieś odtrutki. Kiedy już najadł się trawy, mógł jechać dalej. Ten obiadek kosztował go dużo. Thietard bardzo się do niego zbliżył. Miał już Belga w zasięgu wzroku. Ale na podjeździe pod Dourdan, 10 metrów przed nadjeżdżającym, prowadzącym go motocyklem zwaliło się na drogę duże drzewo. Trzeba było przenieść i motocykl i rower na druga stronę. Thietard znowu przyśpieszył. Na zjeździe w Saint Claude Belg jechał już tylko 200 metrów przed nim. Francuz ruszył w pogoń gwałtownym sprintem. Ku swojej rozpaczy spadła mu opona z koła . Kiedy naprawił defekt, było już za późno. Wyczerpany Somers dowlókł się do mety z przewagą minuty nad Francuzem. Godzinę potem dojechała „Mysz”, a dwie godziny za Belgiem Debenne. Reszta wycofała się . W ten oto sposób skończył się ostatni przedwojenny wyścig Bordeaux-Paris.

Źródła zdjęć:
1.P.Chany “La fabuleuse histoire du cyclisme”
2.”Le Miroir des Sprints”1..06.1937

Rok 1931 - triumfator wyścigu Van Rysselberghe
Rok 1931 - triumfator wyścigu Van Rysselberghe chowa się za swoim motorem. Motocyklista specjalnie odchyla prawą nogę, by jeszcze lepiej zakryć od wiatru kolarza.
Mithouard poganiany przez Francisa Pelissiera
Rok 1933 - Mithouard poganiany przez Francisa Pelissiera, którego widać u góry w samochodzie
 Mithouard pędzi po zwycięstwo
Rok 1933 - Mithouard pędzi po zwycięstwo
Belg De Caluwe wjeżdża jako pierwszy na tor
Rok 1935 - Belg De Caluwe wjeżdża jako pierwszy na tor Parc des Princes
tak wygladało podawanie żywności
Rok 1936 - tak wygladało podawanie żywności kolarzom na trasie.
Somers na mecie po zjedzeniu trawy
Rok 1937 - Somers na mecie po zjedzeniu trawy
tak sobie wyobrażał karykutarzysta wyścig
Rok 1937 - tak sobie wyobrażał wyścig karykaturzysta

(tłumaczenie do rysunków):
- co za wyścig, może być jeszcze ładniejszy
- by uprzyjemnić kolarzom ciężkie chwile podczas przejazdu wzdłuż Loary organizatorzy wymyślili konkurs dla menedżera, który najlepiej potrafi rozśmieszyć swojego kolarza
- przyznano też premię dla motocyklisty, który pokaże najbardziej oryginalną pozycję na motorze,
- kolejna nagroda za najładniejsze podanie żywności,
- na przyszłość planowane jest urozmaicenie wyścigu poprzez zamianę ról, to motocykliści mają jechać za kolarzami

Źródło:

Popularity: 27% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 27 styczeń 2007
Kategorie: ciekawostki, historia | 1 komentarz »

Audax na Gromnik 2006

Buka

Zawody AUDAX zostały zorganizowane przez Brzeski Klub Miłośników Aktywnego Wypoczynku “Na Przełaj” - bardzo mili ludzie :) Rajd odbył się 10 czerwca 2006. Z pośród 3 możliwych tras (100, 160, 200) wybrałem trasę o dystansie 160 km, którą trzeba było przejechać w limicie czasowym 9.5 h. Niestety jechałem ten dystans jako jedyny. Miał zemną jechać Bobek, ale niestety nie mógł ,bo coś tam miał robić, nie pamiętam dokładnie co, ale to było naprawdę dramatyczne i nie mógł jechać - ZONK. Na starcie powiedziano mi, ze prawdopodobnie jeszcze ktoś jedzie ten sam dystans co ja, ale nie byli wcale tego pewni. Okazało się, że jadę sam. Gdy dostałem mapkę okazało się, że muszę przejeżdżać odcinek 30 km główna drogą trzykrotnie :\ niezbyt mi się to podobało, ale nie można było się poddawać. Jadąc w stronę Gromnika miałem ładne tempo bo był fajny wiaterek :) co potem mi się bardzo nie podobało, bo musiałem jechać pod wiatr. Tempo miałem dosyć szybkie lecz na każdym punkcie kontrolnym przegadałem z ludźmi z klubu Na Przełaj co najmniej 20 min.

Moja trasa przebiegała w następujący sposób: z Brzegu pojechałem główna droga na Strzeli do Częstocic tam trochę pogadałem i pojechałem główna drogą kierując się na Gromnik, gdzie czekał na mnie jeden z organizatorów z pełnym samochodem wafelków soków wody i takich tam. Pojadłem, porozmawiałem i pojechałem ta sama drogą z powrotem do Częstocic :/ gdzie znowu pogadałem i pojechałem w stronę Grotkowa tam zbyt długo nie stałem bo nie było takiej potrzeby :). Z Grotkowa pojechałem do Przeworna gdzie znów czekał na mnie samochód pełen picia i jedzenia :D Pełen wypas. Niestety z stamtąd jechałem trzeci raz tą samą drogą do Częstocic to było bardzo nieprzyjemne jeździć w kółko tą samą trasą w dodatku głównymi drogami.

Meldując się ostatni raz w Częstocicach podążyłem w stronę mety, która znajdowała się w Skarbimierzu. Gdy tam dotarlem, zastałem tam Pana, który sobie siedział i cos tam czytał, troszeczkę sobie pogadałem. oczywiście ukończyłem rajd w swoim limicie czasowym, za co otrzymałem dwie bezcenne nagrody :) pierwsza to wytrzymały i profesjonalnie wykonany breloczek do kluczy z napisem, że przejechałem 106 km choć przejechałem 160, ale że jechałem sam to się nie opłacało robić breloczków z napisem 160 :D nie ma co przeżywać, bo napisy się nie liczą. Drugą nagrodą jest profesjonalnie wykonany certyfikat AUDAX, na którym tym razem jest napisane, że przejechałem 160 km w limicie czasowym 9.5 h i tym samym uzyskałem prawo do noszenia tytułu AUDAX :\ Dobrze, że mnie do tego nikt nie zmusza :D Certyfikat jest wydrukowany na specjalnej białej kartce do drukarki :)

Ogólnie organizatorzy się postarali żeby nie zabrakło nikomu picia i jedzenia. Wszyscy byli dla siebie mili, było fajnie, pogoda też dopisała, tylko trasa była niezbyt dobrze wytyczona, ale to wybaczam. Na końcu chciałem dodać, że zwycięzcą rajdu był każdy kto przejechał swoja trasę w obowiązującym limicie czasu, a i jeszcze jedno AUDAX to po francusku wytrwałość czy jakoś tak, nie pamiętam już dokładnie. Dziękuje! :)

Tekst ze strony Dolina Muminków

Popularity: 26% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 26 styczeń 2007
Kategorie: Audax, relacje | bez komentarzy »