Archiwum wrzesień, 2008

Rowerem do Indii

Adam Chałupski, ‘Rowerem do Indii’, Libra Księgarnia Akademicka, Rzeszów 2008

Opis:
Spontaniczny wypad rowerem do Indii przez Ukrainę, Turcję, Iran, Pakistan -bez drobiazgowych planów, przygotowań, wiedzy i środków finansowych – stał się podstawą do odmalowania krajów Bliskiego (i dalszego) Wschodu z perspektywy przemierzającego je samotnie rowerzysty.

Relacja -poprzez spojrzenie na życie napotykanych po drodze zwykłych ludzi -rewiduje utarte przez media poglądy na temat krajów muzułmańskich i otwiera oczy na współczesne Indie. Trudne do uchwycenia skądinąd niż z roweru obrazy przedstawiają życie codzienne mało uczęszczanych, nieznanych miejsc, a także przeraźliwie ogromnych i ruchliwych metropolii.

Książka jest jednocześnie zapisem osobistych przeżyć i codziennych zmagań z rzeczywistością, pokazuje, czym jest ambicja w obliczu potęgi natury i ludzkich słabości.

Ze wstępu:
Dzięki poznawaniu przyjaznej różnorodności świata człowiek może pozbyć się niepokoju, jaki budzi zamknięcie w kreowanej przez media quasi-rzeczywistości fobii i przesądów, podsycanych dla uzasadnienia brudnych interesów agresywnych mocarstw, dążących przemocą do zmonopolizowania władzy na światem. Podróż wszak daje możliwość poznawania świata osobiście, bez pośrednictwa skorumpowanych tłumaczy i twórców iluzji, oraz stwarza okazję nauki o jego prawdziwej naturze…..

Książka napisana jest w formie dziennika, na podstawie listów do przyjaciół i bliskich oraz notatek, jakie sporządzałem w czasie wyprawy. Dzień po dniu starałem się utrwalić to, co zobaczyłem i doznałem w odwiedzanych miejscach. Notowałem dane na temat bezpieczeństwa i utrudnień, jakich można się spodziewać w poszczególnych krajach. Starałem się też opisywać niepowtarzalny charakter mijanych miejsc – przyrodę, architekturę i ludzi, z jakimi miałem do czynienia.

Naszym zdaniem:
Książka jest bardzo ładnie wydana: papier kredowy, a okładki twarde i grube. Prawie połowa jej objętości to zdjęcia, na których widać często niedoskonałości sprzętu fotograficznego (szczególnie są widoczne tzw szumy matrycy, oraz zbyt niska rozdzielczość zdjęć). Książkę czyta się łatwo - jest napisana potocznym językiem i przypomina zdecydowanie zapis z dziennika dzień po dniu. Autor opisuje z kronikarską dokładnością co robi danego dnia, nie wnikając zbyt bardzo w polityczne czy tez historyczne tło danego miasta czy kraju, w którym się znajduje.

Książka jest dobrą inspiracja dla wszystkich miłośników rowerowych podróży i jedną z niewielu pozycji na polskim rynku księgarskim o tej wąskiej tematyce.

Źródło: wRower.pl.

Popularity: 7% [?]

Autor: greten Wpisano: 30 wrzesień 2008
Kategorie: ciekawostki | bez komentarzy »

65. Tour de Pologne – a jednak się przydał!

O TdP niewykluczone, że po raz ostatni w tym roku :)

Bert Grabsch mistrzem świata w jeździe na czas. Mimo wielu kontrowersji wokół naszego wyścigu, zdobywca tęczowej koszulki w jednym z pierwszych zdań po zakończeniu mistrzowskiej czasówki podkreślił znaczenie, jakie odegrał dla niego start w Polsce. Jaki był więc 65. Tour de Pologne? Deszczowy i nudny, czy zaskakujący pełen emocji?

Warunki takie same dla wszystkich
Rok temu zaczęło się od deszczu. Trzeba było zneutralizować wyniki drużynowej jazdy na czas, by nie odbierać żadnej z ekip szans na dalszą walkę. Tym razem zawodnicy rozpoczęli po suchym, by przez kolejne sześć dni jechać w deszczu. Pogoda faktycznie była koszmarna. W tym sezonie w cyklu Pro Tour nie było zawodów rozgrywanych w tak koszmarnych warunkach. Trudno nawet znaleźć równie podłą pogodę w ciągu ostatnich kilku lat na którejkolwiek z ważniejszych etapówek.

Dla kolarzy, którzy ostatnie miesiące spędzili na szosach południowej Europy to musiał być szok. W połączeniu z, dobrze wszystkim nam znanym, stanem polskich dróg spowodowało to sporą konsternację w peletonie. Zawodnicy musieli się ścigać nie tylko w zimnie i na dziurach, ale i na dystansach, które obecnie są rzadkością… Etapy długie na ponad dwieście kilometrów to pewnego rodzaju relikt. Wiele wyścigów celowo ogranicza dystans, by nie nużyć kolarzy i kibiców długimi, bezproduktywnymi przejazdami, równocześnie zasugerować zwiększenie tempa jazdy (mniej kilometrów to mniej okazji do ścigania, zatem każdą najmniejszą nawet trudność można wykorzystać do ataku) i ogólnie „zintensyfikować” imprezę.

Tymczasem trasa 65. Tour de Pologne była „maratońska”, przynajmniej w planach. Długie, proste odcinki od razu sugerowały przebieg zawodów. Szanse ucieczek były minimalne, dodatkowo zmniejszane przez rozgrywane w miastach mety kryteria. Warunki teoretycznie takie same dla wszystkich, ale nie wszystkim się to podobało. W sumie nic w tym dziwnego. Jeden z ostatnich wyścigów sezonu, spora część kolarzy przyjechała do nas z konieczności, stąd też niektórzy nie byli chętni do jazdy. Z drugiej strony byli też i tacy, którzy walczyli bez względu na warunki. Czyli wychodzi na to, że się dało…

Szalony Marcin, świetny Jens
To był wyścig ucieczek. Niemal każdy kolejny dzień był okazją do ataku dla Marcina Sapy. Również losy klasyfikacji generalnej rozstrzygnęły się po ucieczce. Jens Voigt to specjalista takich akcji. Długie, teoretycznie skazane na niepowodzenie rajdy to element niezmiernie charakterystyczny dla tego kolarza. Tak wygrywał na Tour de France, Criterium International i tak też wygrał Tour de Pologne. Najkrótszy etap wyścigu był, między innymi dzięki niemu właśnie, etapem najciekawszym. Kolarzom nie przeszkodziły nawet zła, by nie rzec, że najgorsza w ciągu całego tygodnia pogoda oraz wyjątkowo dziurawe drogi. Przy okazji nawierzchni… uważni obserwatorzy mogli zwrócić uwagę, że część zawodników używała takich samych szytek jak podczas Paryż – Roubaix. Przypadek?

Poza uznanymi sprinterami (Davis, Forster) i Voigtem, na kolejnych etapach główne role odgrywali przede wszystkim kolarze niezbyt znani. Gwiazdy, takiej jak Cancellara, Evans, Sanchez czy bracia Schleckowie nie wyrażali szczególnej ochoty do walki o czołowe lokaty. Swoich szans szukali więc zawodnicy, których pozycja w peletonie jest zdecydowanie inna. Pokazać chcieli się więc przedstawiciele ekip, które kończą swoją działalność po tym sezonie lub tracą sponsorów (Credit Agricole, Gerolsteiner, Scott) albo po prostu w takich działaniach specjalizują (Cofidis, Euskaltel). Wśród nich znajdowali się również Polacy.

Start ośmioosobowej reprezentacji kraju to swoiste novum wśród zawodowców, okazji do pokazania własnych możliwości było więc wiele. Zdecydowanie najlepiej daną mu szansę wykorzystał Marcin Sapa. Można było w jego jeździe znaleźć odniesienie np. do straceńczych akcji Jacky Duranda i innych lokalnych kolarzy podczas Tour de France. Podczas kolejnych etapów Polak atakował, zdobywał punkty i ostatecznie wygrał klasyfikację „najaktywniejszych”. Choć egzaltowane opinie redaktorów TVP były nieco przesadzone, Sapa faktycznie zrobił świetną robotę. To znaczy dokładnie taką, jaka była potrzebna. W absolutnie zawodowy sposób odegrał rolę dzielnego uciekiniera, któremu się kibicuje nawet, gdy przegrywa. Dodatkowo świetnie zaakcentował swój udział w TdP atakując na ostatnich kilometrach ostatniego etapu. Szkoda tylko, że były to główne emocje, jakie Polacy zafundowali swoim kibicom podczas całego wyścigu.

Jens Voigt również zrobił swoje. Etap do Zakopanego (skrócony do 100km) mógł mu przypomnieć znakomite zwycięstwo w Criterium International. Niemiec zaatakował w momencie, gdy mało kto się tego spodziewał, chwilę przed najcięższymi fragmentami wyścigu. Następnie na wąskich, krętych, górskich drogach powiększał przewagę i cały czas bardzo mocno pracując zapewnił sobie końcowe zwycięstwo. To była popisowa akcja w jego stylu. W kolarskich encyklopediach pod nazwiskiem Jens Voigt powinny znajdować się właśnie zdjęcia z tatrzańskiego etapu TdP. Takich zawodników lubią kibice, szanują rywale i hołubią media. Bezkompromisowi, być może nie najlepsi, ale z pewnością najbardziej waleczni. Pełna determinacji jada Voigta była dla nas nagrodą za kilka dni, nie bójmy się tego powiedzieć, standardowej kolarskiej rutyny.

Będą zmiany?
Tour de Pologne zmienił trasę, ale nie zmienił swojego oblicza. Wyścig, który w poprzednich latach cały czas się rozwijał, w jakiś sposób utknął w martwym punkcie. Nie można tu winić pogody (czynnik obiektywny), określenie klucz - organizacji (jak zawsze na wysokim poziomie), czy kolarzy (to w końcu tylko i aż ludzie). Na całym świecie organizatorzy imprez szukają sposobów, by z roku na rok podawać, jeśli nie bardziej, to przynajmniej równie atrakcyjne danie. A to wiąże się z ciągłymi zmianami i poszukiwaniami.

Formuła Tour de Pologne jest od jakiegoś czasu zbliżona. W sytuacji, gdy na nasz wyścig przyjeżdżają najlepsi, trudno spodziewać się, by zawodnicy sami z siebie przełamywali znany od lat schemat rozgrywania etapów. Wielkie Toury, do których wiele razy odnoszona jest pozycja TdP idą w zupełnie inną stronę. Są krótsze, ale bardziej intensywne. U nas jest odwrotnie. Fakt, że nie mamy gór na miarę Alp nie znaczy, że wyścig musi być nudny. Trzeba tylko dać okazję kolarzom, by mieli się gdzie wykazać a równocześnie bardziej pomyśleć o warunkach ich pracy. Rundy na metach etapów są tak samo krytykowane podczas Vuelty, Giro jak i Tour de Pologne. Fakt, że dają komfort pracy telewizji nie powinien być mimo wszystko decydujący, choć z pewnością rola TVP w rozwoju polskiego wyścigu jest nie do przecenienia.

Kolejna sprawa to „scenografia”. Zarówno dyrektor TdP, Czesław Lang, komentatorzy, zawodnicy czy kibice podkreślają, że zawody sportowe mają pokazywać piękno kraju. Polska ma się czym pochwalić a relacja z wyścigu może być równie interesująca „krajoznawczo” co sportowo. Wiedzą o tym przede wszystkim wszyscy miłośnicy redaktora Wyrzykowskiego z Eurosportu :-) Tymczasem miłych dla oka obrazków było w tym roku raptem kilka, choć czasu było aż nadto. Dysonans był widoczny tym bardziej, gdy po zakończeniu transmisji z TdP przełączało się na Vueltę. Pytanie więc, czy zamiast kolarzy na rundach wśród blokowisk, nie lepiej oglądać ich finiszujących w centrach miast? O tym, że jest to możliwe, przekonał się Kraków, który przebolał fakt zakorkowania na kilka godzin. Może Paryż, może Londyn, może Mediolan, kilka godzin możemy „przecierpieć” i my.

W przyszłym roku Tour de Pologne rozegrany zostanie w sierpniu. Pogoda jest więc niemal zagwarantowana. Trzeba będzie ten fakt wykorzystać. Możliwości poprowadzenia trasy, nawet w zbliżonej do tegorocznej lokalizacji jest z pewnością więcej. Trzeba dać kolarzom więcej szans na pokazanie swoich możliwości. Inaczej będą, tak jak w ostatnich latach czekać na jedyny etap, podczas którego mogą zdobyć wyraźną przewagę nad rywalami. Tym bardziej, że odpadnie jeden z argumentów, czyli przygotowania do mistrzostw świata. W tym roku Tony Martin i Bert Grabsch pokazali, że faktycznie TdP to dobry sposób na ostatni szlif formy. To miły akcent, który rozjaśnił, nieco zachmurzone niebo po tegorocznym wyścigu.

Marek Tyniec

fot.  Krzysztof Jakubowski

Źródło: bikeWorld.pl.

Popularity: 9% [?]

Autor: greten Wpisano: 29 wrzesień 2008
Kategorie: Inne imprezy w Polsce, aktualności, inne, relacje, w mediach | bez komentarzy »

Czesław Lang: To był znakomity wyścig

Dyrektor Tour de Pologne Czesław Lang wyjechał już do Włoch na kolarskie mistrzostwa świata. Będzie tam nie tylko oglądał walczących o medale zawodników, ale również rozmawiał na temat przyszłorocznej edycji Tour de Pologne z władzami UCI.

Jeśli międzynarodowe władze kolarskie zgodzą się na wydłużenie wyścigu o jeden dzień, kolarze prawdopodobnie wyjadą za granice Polski – na Litwę, Ukrainę bądź Słowację. – W Varese zostanie oficjalnie potwierdzona data Tour de Pologne, czyli 2-9 sierpnia 2009 – mówi Czesław Lang. – Trasa będzie w 90 procentach pokrywać się z tegoroczną, chcemy również, aby kolarze pojechali z Warszawy do Krakowa. Ostateczna trasa znana będzie pewnie już za około trzy tygodnie.

Co panu najbardziej zapadło w pamięci z 65. Tour de Pologne?
Na pewno ekstremalne warunki atmosferyczne i zachowanie kolarzy na etapie do Lublina. Wszystko zostało już wyjaśnione, później kolarze nie mieli żadnej radości za swojego zachowania. Było im nawet przykro, poczuli się współodpowiedzialni za wyścig i na ostatnich etapach już wspaniale walczyli do końca.

Etapy były jednak skracane.
To była najrozsądniejsza decyzja. Kolarzom bardzo się podobało, że my jako organizatorzy konsultujemy z nimi tak ważne decyzje.

Jak reagowały na skracanie etapów miasta, w których miał się odbyć start?
Ze zrozumieniem. Ale my też trzymaliśmy się programu. W Bielsku Podlaskim, Krynicy Zdrój i Rabce Zdrój zachowaliśmy cały ceremoniał startu. Było więc podpisywanie listy startowej, prezentacja, można było też wziąć autografy. Różnica polegała tylko na tym, że kolarze nie ruszali w trasę, a wsiadali do autobusów i jechali na miejsce nowego startu ostrego. Staraliśmy się uhonorować również te miejsca, gdzie miały być lotne premie. W starym Sączu kolumna się zatrzymała, z autobusu wysiadła reprezentacja Polski BGŻ, którą zaprezentowaliśmy kibicom.

Kibice to jedna z największych wartości Tour de Pologne.
Bez wątpienia tak. Na przykład podczas skróconych etapów kibice mieli jeszcze większy kontakt z kolarzami, bo nikt nie był jeszcze skupiony na starcie, więc każdy chętnie rozdawał autografy. Nikt nie został zlekceważony, zadbaliśmy o to, aby uszanować kibiców, którzy tak wytrwale dopingowali zawodników w deszczu i chłodzie. Zresztą liczby mówią same za siebie – blisko 3 miliony na całej trasie, ponad 60 tysięcy w Lublinie, ponad 45 tysięcy w Białymstoku.

Jak oceni pan Tour de Pologne pod względem sportowym?
To był znakomity wyścig. Rzadko się zdarza, że na 144 startujących do mety dojeżdża aż 95 kolarzy. Walka trwała do samego końca. Taki CSC Saxo Bank, zespół naszpikowany gwiazdami kolarstwa, nie przyjechał do Polski na wycieczkę, ale na prawdziwe ściganie. W wielkim stylu wygrali jazdę drużynową na czas, a w klasyfikacji generalnej triumfował ich zawodnik Jens Voigt.

Czy udał się eksperyment z występem reprezentacji Polski?
Zdecydowanie tak. Przede wszystkim nasi zawodnicy przekonali się, że mogą jak równy z równym walczyć z kolarzami jeżdżącymi na co dzień w ekipach Pro Tour. Marcin Sapa przejechał blisko 600 kilometrów w ucieczkach. Marek Rutkiewicz do końca walczył z Marco Pellizottim w Zakopanem, a to przecież jeden z najlepszych górali w zawodowym peletonie. Wszyscy Polacy przejechali wyścig z takimi tuzami jak Fabian Cancellara, Samuel Sanchez czy bracia Schleck. Zdobyli doświadczenie, następnym razem nie będą się czuli obco podczas podobnie dużej imprezy. Udało się przełamać barierę psychologiczną. Jednym słowem – pomysł występu reprezentacji Polski sprawdził się.

Źródło: serwis Tour de Pologne.

Popularity: 7% [?]

Autor: greten Wpisano: 29 wrzesień 2008
Kategorie: aktualności | bez komentarzy »