Archiwum październik, 2008

Ćwierć wieku na dwóch kółkach

Dziadkiem został dosyć wcześnie. Ksywka przylgnęła do niego w kolarskiej kadrze Polski, gdy miał 24 lata. Był po prostu najstarszy w drużynie. Dziś prawie 42-letni Radosław Romanik z Chełmska Śląskiego koło Kamiennej Góry, najstarszy ścigający się kolarz krajowej elity, przygotowuje się do zakończenia kariery.

Odejść miał już w tym roku. Popularny Dziadek uległ jednak namowom trenera i w przyszłym sezonie jeszcze raz pojawi się w barwach teamu DHL Author. Dziś zapowiada, że to na pewno jego ostatni rok na szosie. - Pora, by więcej czasu spędzać z rodziną. Mam żonę i dwie córki. Jedną dorastającą, druga ma dopiero dwa latka - tłumaczy.

Dziadek ściga się nieprzerwanie od 26 lat. Co roku w rowerowym siodełku przejeżdża ponad 25 tys. kilometrów. Ile rowerów zajeździł w tym czasie, nie potrafi zliczyć.

W swej karierze startował między innymi w Igrzyskach Olimpijskich w Atenach, był mistrzem Polski, w 2003 roku, jadąc wśród najlepszych kolarzy świata w Giro d’Italia, zajął 33. miejsce, 20 razy stawał na najwyższym podium wieloetapowych wyścigów, w tym 6 razy zwyciężał Bałtyk-Karkonosze Tour, 12-krotnie startował w Wyścigu Pokoju, wielokrotnie w Tour de Pologne oraz setkach innych zawodów na całym świecie.

By zostać kolarzem, marzył już jako kilkuletnie dziecko. Emocjonował się sukcesami Stanisława Szozdy i Ryszarda Szurkowskiego. Pamięta, jak przez Czarny Bór, wieś koło Kamiennej Góry, w której wówczas mieszkał, co roku przejeżdżał najważniejszy socjalistyczny tour kolarski - Wyścig Pokoju. Zawodnicy byli jego głównymi bohaterami. Podobał mu się barwny peleton i szczególna atmosfera wyścigu. Długo męczył mamę, by kupiła mu rower. Upragnioną kolarzówkę dostał w wieku 16 lat i od razu zaczął się ścigać w klubie Górnik Wałbrzych. Już po dwóch latach startów w jego barwach był górskim wicemistrzem Polski w kategorii juniorów. - Byłem tak strasznie zakręcony na kolarstwo, że podczas jednego z wyścigów przejechałem przez metę, zupełnie jej nie zauważając. Swą pomyłkę spostrzegłem dopiero pięć kilometrów dalej - śmieje się Romanik.

W pasji nie przeszkadzały mu nawet sprzętowe niedostatki, z którymi borykali się sportowcy socjalistycznej Polski. Gdy brakowało kolarskich butów, ścigali się w trampkach, a kolarski trykot zastępowała zwykła bawełniana koszulka.

Zarabiać na kolarstwie zaczął w wieku 19 lat, gdy skończył szkołę. Jednak wówczas nie miało to nic wspólnego z zawodowstwem. Jak niektórzy z ówczesnych sportowców amatorów dostał etat górnika. Nigdy jednak w kopalni nie pracował, górniczą pensję dostawał za jazdę na rowerze. - Podobnie “zatrudniono” za komuny piłkarzy. Z tym, że kolarze dostawali wielokrotnie niższe wynagrodzenie. Mnie jednak to wystarczało, nie miałem jeszcze wtedy rodziny, mieszkałem w internacie - mówi Romanik.

Kolarstwo, a nawet etat górnika (wówczas pracownicy kopalni byli zwolnieni ze służby w armii) nie uchroniły go jednak przed powołaniem w kamasze. Warszawska Legia, wówczas wojskowy klub sportowy, chciała mieć u siebie dobrego zawodnika i Romanik otrzymał rozkaz, by w ciągu trzech dni stawić się w jednostce. Dwa pierwsze miesiące wspomina źle. Zamiast się ścigać, trafił do normalnej służby z poborowymi. Potem w Legii był jedynie przez dwa tygodnie, bo wziął ślub.

- Kapitan, który dowodził Legią, stwierdził: Romanik, z ciebie będzie gówniany kolarz, bo się ożeniłeś. Odesłano mnie do marynarki - do klubu Flota Gdynia. Tam miałem dobrze, choć za ściganie nam nie płacili - wspomina. Po wyjściu z wojska, wrócił do cywilnego klubu.

Większe pieniądze w kolarstwie pojawiły się dopiero w wolnej już Polsce, gdy przeszedł na zawodowstwo. Jeździł między innymi w częstochowskiej grupie ZB Casio, potem PKS-Irena- Zepter i CCC Polsat. Od pięciu lat jeździ w DHL Author.

Jednak wieloletnie starty nie przyniosły mu fortuny. W Polsce zawodowi kolarze zarabiają wielokrotnie mniej niż ich zagraniczni koledzy. Średniej klasy zawodnik zarabia miesięcznie około 1000 euro. Romanik w zawodowym peletonie zarobił na tyle, by otworzyć kilka sklepów spożywczych w okolicy, w której mieszka. Prowadzeniem właśnie tego biznesu chce się zająć na sportowej emeryturze.

Czy żałuje jakiejś decyzji w swej sportowej karierze? Właściwie tylko jednej. Jako 20-latek nie wyjechał ścigać się we Francji, choć miał taką propozycję. - Jeden z tamtejszych klubów szukał młodego kolarza dobrze jeżdżącego po górach. A to moja specjalność. Gdybym się tam dobrze zaprezentował, moja kariera mogła potoczyć się inaczej. Teraz z perspektywy lat tego mogę jedynie żałować. Poza tym niczego. Dzięki startom zobaczyłem cały świat. Poza biegunem ścigałem się na wszystkich kontynentach - mówi Romanik. Czy w wieku ponad 40 lat można jeszcze osiągać sukcesy w wyczynowym sporcie? - Wytrzymałość w kolarstwie przychodzi z wiekiem. Czuję się jeszcze mocny. Jedynie po wyścigu trudniej mi regenerować siły niż kiedyś, w młodości. Po wyścigu koledzy idą gdzieś w miasto, a ja wolę zostać w hotelu - mówi Romanik.

Końskie zdrowie i mocna psychika to według niego najważniejsze cechy dobrego kolarza. On sam na przestrzeni lat był kilkakrotnie poważnie kontuzjowany. Najpoważniejszą kraksę miał kilka lat temu, podczas wyścigu w Sobótce. Kilka rowerów sczepiło się ze sobą podczas jazdy. Romanik miał wstrząs mózgu i złamania obojczyka. Najtragiczniej wspomina jednak wyścig dookoła Argentyny, gdzie zginęło dwóch jego kolegów. Podczas jednego z etapów na drogę, którą jechał peleton, wyjechała ciężarówka. Kolarze z Niemiec i Hiszpanii w nią uderzyli. Europejskie ekipy po tym zdarzeniu wycofały się z wyścigu.

Najcięższym i najtrudniejszym wyścigiem w jego karierze był 21-etapowy Giro d’Italia. Pamięta jak podczas jednego z górskich etapów, choć wyścig jest rozgrywany w lecie, kolarzy zaskoczyły zaspy śniegu na jezdni. Trasa wiodła wówczas powyżej 2,5 tys. metrów nad poziomem morza. W Giro Romanik jechał jako pomocnik wałbrzyszanina Dariusza Baranowskiego. Baranowski zajął wtedy 11. miejsce w klasyfikacji generalnej, Romanik był 33.

Kolarstwo to dyscyplina zespołowa. Pojedynczy zawodnik nic nie zdziała. Na lidera pracuje cały zespół. Dowozi napoje, osłania go przed wiatrem, a w razie usterki pomocnik odda nawet liderowi własny rower. Zasada służebności wobec najlepszego zawodnika jest w grupach bardzo ściśle egzekwowana. - Zwykle byłem kolarzem do roboty, choć były wyścigi, w których byłem liderem - wspomina Dziadek.

Rafał Święcki

Źródło: Polska - Gazeta Wrocławska.

Popularity: 6% [?]

Autor: greten Wpisano: 31 październik 2008
Kategorie: ciekawostki, w mediach | bez komentarzy »

Szosowe Cannondale 2009

Co może być lepszego niż karbonowa superrama w firmowej kolekcji? Dwie podobne ramy, a może nawet trzy. Do podobnego wniosku doszedł Cannondale, który oprócz wyczynówki przygotował sprzęt turystyczny i dla początkujących użytkowników.

Cannondale na sezon 2009 przebudował swoją paletę szosówek. Obok modelu SuperSix, przedstawionego już w sezonie 2008, pojawi się nowo skonstrowana rama Six, która zastąpi wycofane System Six i Six13. Nowy Six Carbon został w całości, włącznie z hakami, wykonany z kompozytu. Oczywiście spostrzegawcze osoby natychmiast dostrzegą podobieństwa do „starszego brata” SuperSix, w postaci zwężającej się ku dołowi rury sterowej (z 1-2/8 na 1-1/4 cala) i odpowiednich sterów, bardzo grubej rury dolnej ramy, jak i potężnych widełek łańcuchowych tylnego trójkąta.

W przypadku środka suportu konstruktorzy postawili na nowy standard BB30 z osią suportu o podwyższenej średnicy. Cannondale to jeden z pionierów tego rozwiązania z korbą SI, po dołączeniu do obozu przez SRAMa i FSA wygląda na to, że coraz bardziej się rozpowszechnia. Oczywiście rozwiązanie ma obniżyć masę i podnieść sztywność. Jeszcze ciekawsza jest konstrukcja górnej części ramy, gdzie rura staje się coraz cieńsza, zbliżając się ku podsiodłowej. Wraz z bardzo cienkimi rurkami górnymi tyłu ma to gwarantować wysoki komfort jazdy. Zabieg jak najbardziej celowy - Six Carbon ma być przeznaczony dla osób jeżdżących dalekie dystanse. (…)

Zobacz więcej: na stronie producenta.

Źródło i ciąg dalszy: bikeWorld.pl.

Popularity: 7% [?]

Autor: greten Wpisano: 30 październik 2008
Kategorie: sprzęt | bez komentarzy »

Obowiązkowe kamizelki i kaski dla dzieci?

Ministerstwo Infrastruktury przygotowuje projekt ustawy o dopuszczeniu pojazdów do ruchu », który przewiduje nałożenie na rowerzystów obowiązku noszenia kamizelek odblaskowych na drogach poza obszarem zabudowanym. Niepełnoletni cykliści mieliby natomiast zostać zobligowani do używania kasków.

Projekt ten jest absurdalny i szkodliwy, a proponowane przepisy nie mają swych odpowiedników w ustawodawstwie większości państw europejskich. Według pobieżnych szacunków wejście w życie proponowanego przepisu zmusiłoby społeczeństwo do poniesienia wydatków w wysokości co najmniej 700 mln zł! Gdyby porównywalną kwotę (tj. blisko miliard złotych) wydać na infrastrukturę rowerową, można by zbudować za nią kilka tysięcy kilometrów dróg rowerowych!

Stowarzyszenie “Sekcja Rowerzystów Miejskich”, podobnie jak zdecydowana większość organizacji rowerowych, wyraziło stanowczy sprzeciw wobec obecnego kształtu projektu ustawy i wystosowało w tej sprawie pismo do Ministra Infrastruktury.

Źródło: wRower.pl.

Popularity: 6% [?]

Autor: greten Wpisano: 30 październik 2008
Kategorie: ciekawostki | bez komentarzy »