Jeszcze o IMAGIS TOUR 2008

Stojąc na rampie promu w Świnoujściu, Wołosate wydawało się być tak blisko. To tylko 1016km stąd. Łatwizna, przecież już dwukrotnie pokonałem tą trasę, będąc znacznie gorzej do tego przygotowany.

Do Świnoujścia dotarłem dwa dni wcześniej, więc miałem sporo czasu na odpowiedni odpoczynek i solidne napchanie brzucha. Ekwipunek miałem skromny, ale odpowiedni: drugi kompletny strój, kurtka, odbłyślniki. Nie zabierałem zbędnych rzeczy, bo nie wiedziałem czy nie przyjdzie mi wracać do Olkusza rowerem. Niby byłem umówiony z Bliźniakami na transport, ale nie zdążyłem przed wyjazdem odebrać ostatniego maila z potwierdzeniem. W każdym razie zarówno ja jak i sprzęt czuliśmy się nieźle.

Wyruszyliśmy w deszczu i chłodzie. Około 10 minut musiałem poczekać na swoją kolejkę startu solo. Przede mną startował Daniel Śmieja. Moim pierwszym celem było dogonić go możliwie szybko. Poprostu poprzednie wyścigi jechałem w grupie i nie za bardzo orientowałem się w terenie ;-P. Dopadłem go po jakimś kwadransie i zwolniłem. Dopiero przed Łobezem droga wydała mi się znajoma, to pogoniłem do przodu. Szczerze powiedziawszy to dobrze zrobiłem, że jechałem za nim, bo bym się chyba zgubił w takiej jednej miejscowości. Gdzieś po drodze zobaczyłem drogowskaz na Mirosławiec. Chwilę zastanawiałem się czy aby tam nie trzeba skręcić. Przez Mirosławiec miało się jechać. Ale w ostatniej chwili przypomniałem sobie relację Krzysztofa “Wiki” Wiktorowskiego z pierszego Imagisu. To skrót! To diabelska droga, którą trzeba ominąć szerokim łukiem, by nie stracić kilometrów. Jakoś przed Łobezem jeszcze napatoczyła się startowa Grupa B. Szybko się z nimi uporałem. Na samym punkcie kontronlnym doścignąłem Grzegorza Bordowszewskiego, co niezmiernie mnie zdziwiło zwłaszcza, że straciłem parę ładnych minut w Golczewie. Musiałem zatrzymać się na pierwszym PK, żeby przypiąć lemondke i lampkę.

W okolicach 70km zaczęły boleć mnie kolana. Na początku ból był tak mały, że zupełnie mi nie przeszkadzał. Ale mając w perspektywie przed sobą 900km z dość znacznym hakiem, natychmiast zrezygnowałem z blata. Od Łobeza zupełnie go nie używałem, aż gdzieś do bieszczadzkich zjazdów. Jechałem więc spokojnie, na patelni 39 a z tyłu starałem się jak najwyżej [19-16] :-D. Całkiem dobrze mi się jechało. Po pewnym czasie przyzwyczaiłem się w końcu do znacznie wyższej niż ekonomiczna kadencji. Mocniejszy ból zaczął się w okolicach Piły. Wszystko za sprawą pogody. Cały czas mokro, chłodno i wietrznie. Postanowiłem dojechać do Bydgoszczy i jeśli nic się nie wydarzy kontynuować jazdę możliwie szybko. Cały czas pocieszałem się, że im bardziej na południe tym lepsza pogoda. Po części to się sprawdziło. Droga szła mi szybko, bo cały czas miałem co robic: śpiewałem sobie wszystkie znane piosenki, o ile moje wycie można nazwać śpiewem, a teksty czasem całkiem dziwne piosenkami.

W Bydgoszczy czułem sie dość dobrze, dlatego szybko się z tamtąd zwinąłem. Zresztą miałem ochotę sprawdzić swoją lampkę w warunkach bojowych. W Toruniu na ekspresówce zobaczyłem migające światełka. Najpierw pomyślałem, że to może jakiś zabłąkany patrol policji, ale włączyłem “długie” i zobaczyłem, że to rowerzysta. Pomachałem, zakrzyknąłem i zadowolony pojechałem dalej. Obróciłem się na chwilę i zobaczyłem, że zatrzymał się. Może to jakiś zabłąkany kolarz co próbuje nas spotkać? Jak tak to dogoni. Jakieś pół godziny później dochodzi mnie Grzesiek [który juź towarzyszył mi gdzieś w promieniu 30km praktycznie do mety]. Zmęczonym głosem mówi coś jak: “Dzięki, że krzyknąłeś, bo bym wrócił do Bydgoszczy”.

Tuż przed północą byłem we Włocławku. Posiedziałem, pogadałem, wypiłem wszystko co było do wypicia. To Piotrek [Rebe] zrobił taaaaki punkt, że nie chciało się jechać. Posiedziałem równo godzinę. POtem kazali mi już jechać. A ruszyć było ciężko. Zmarznięte, przewiane, bolące kolana, nie za bardzo chciały się zginać. Droga cały czas prowadziła wzdłuź rzeki. Oj ciężko było zmotywować się do dalszej jazdy. W Gąbinie byłem z życiowym czasem, ale teź posiedziałem dość długo. Chwilę wcześniej jeszcze znów dogoniłem Grześka. Chwilę łataliśmy gumę - jego nie moją [ja bez przygód. Stelvio to Stelvio!]. W zasadzie to ja tylko świeciłem i patrzyłem. Do końca sfrezowanego kawałka jechaliśmy już obok siebie. W świetle lampki widziałem dość sporo miejsc, gdzie można było z powodzeniem łapać kapcie. Myślę, że jakby wjechać to i Stelvio by nie poradzily. Zresztą inni zawodnicy też w tym miejscu mieli kłopoty z gumkami. Tylko jasna lampka uchroniła nas przed następnymi niespodziankami. Tu muszę się pochwalić. Lampka świeci tak jasno, że bez problemów oświetla 80-100m jezdni i pobocza i w takie rzeczy jak sfrezowany asfalt przez to nie wpada sie nagle. Miałem wystarczająco dużo czasu na dohamowania czy ominięcia przeszkód. Znaki i słupki drogowe widziałem z odleglości przekraczających 300m. Poprostu rewelka. Czysta przyjemność nocnej jazdy.

Po 24h jazdy byłem tuź za Płońskiem. To jakies 600km od Świnoujścia. Do Wsoły zawitałem około 11. To cały czas rekordowy czas. Ale tam skorzystałem z gościnności hotelu, podobno jako ostatni. Nie wiem co się stało i czym zawiniliśmy, że kolejni zawodnicy mieli spory zgrzyt z obsługą. Zresztą pewnie nikt tego nie wie. Plan na tą część trasy był następujący: Średnia 20km/h, wyjazd z Iłży o 18, żeby po 16h przyjechać na metę. O 10 rano właśnie wybija 50 godzina. Można było powalczyć o tą czwórkę z przodu. Realizacja planu wyglądała następująco: przyjazd do Iłzy około 15 i punktualnie o 16 wyruszyłem dalej.

Natchmiast za pierwszą górką rozpadało się dość znacznie. A miałem nie zakładać już ochraniaczy na buty! Potem natychmiast ból w kolanach przypomniał o sobie. Zatrzymywałem się co jakieś 20km i smarowałem kolana maścią. Aby utrzymać założoną prędkość 20km/h musiałem bardzo ostro ze sobą walczyć. To nie takie proste jechać do przodu, kiedy kolano boli tak, że nie ma fizycznej możliwości jego zgięcia czy wyprostowania. Do Rzeszowa dojechałem o północy. Gdybym nie zdążył, miałem zamiar się wycofać. Ale byłem na styk i nie wiedziałem co zrobić. Od Iłży 160km jechałem równo 8h. Do Kondora wysłałem sms’a, że jadę. A tak naprawdę chciałem wziąć gorący prysznic i usiąść przed kominkiem. Spać nawet bardzo mi się nie chciało, ale wspólnie z dziewczynami wcisnęliśmy się do auta, na jakieś 2h snu. Obudził nas nie kto inny jak Mistrz Grzegorz z Mistrzem Kamilem. Potem już nie spaliśmy, ale czas do świtu mijał szybko. Kolana miałem zawinięte papierem i próbowałem je zagrzać. Trochę to pomagało, ale niewiele.

Przed szóstą zadzwonił Kondor z pytaniem gdzie ja. No to powiedziałem, że będę w Sanoku za jakieś 3h. No to juź musiałem. Jakoś nawet dobrze mi się jechało, kolana nawet miejscami przestawały boleć. Tylko jak zbliżałem się do rzeki czy stawu to czułem olbrzymi ból. Od Sanoka jechałem już z Kondorem. Dzięki mu wielkie za towarzystwo! Kibic to trzecia noga kolarza. Sam nie wiem czy dałbym radę tak szybko przejechać. Oczywiście jak należało, Kondor trzymał się z tyłu. Zresztą wiedział o tym ze solo to solo i sumiennie dał mi prowadzić do końca.Mięśnie i wogóle organizm trzymał się zadziwiająco dobrze. W zasadzie mięśnie miałem nietknięte. Trochę za wolno jechałem, żeby cokolwiek odczuć. Energetycznie było też nieźle, ale juź nie tak dobrze. Kadencja powyżej 90-100 przez dwa dni potrafi wyssać każdą kalorię nawet przy małej prędkości.

Podjazdy szły mi zadziwiająco dobrze. Mimo, że nadłożyłem trochę drogi i przewyższeń uciekłem trzem kolarzom w Lesku a potem w Czarnej dogoniłem jeszcze Kamila. Jechał chłopak ostatkiem sił, więc żeby dodać mu otuchy postanowiłem mu trochę potowarzyszyć. Było już po 10 więc czterdziestki nie będzie. Obliczyłem, że jak przyjadę przed 13:35 to i tak pobiję życiówkę. Zajechałem na siedem po pierwszej, Wszystko fajnie, ale pomyliłem się o godzinę. miało być na 12:35 ;-P. W rezultacie nie ma życiówki, której chyba i tak był nie był w stanie ukraść na ostatnich 40km. Chociaź kto wie? Czułem się dobrze, czułem się silny i wypoczęty. Tylko te kolana. Dały znać o sobie jeszcze raz: podczas schodzenia z Tarnicy.

To był najtrudniejszy z moich trzech Imagisów. Tym razem swoje kaprysy pokazała pogoda. To Wołosate, które dwa dni temu wydawało się takie bliskie, okazało się jednak być bardzo daleko. Zobaczymy jak będzie za rok.

Oskar ‘Spros’ Szproch

Zdjęcia: serwis Imagis Tour oraz AFP.

Źródło: Ludzie Sportu.

Popularity: 10% [?]

Autor: greten Wpisano: 3 wrzesień 2008
Kategorie: Imagis, relacje | bez komentarzy »

Padł nowy rekord trasy Imagis Tour

W tegorocznej edycji najdłuższego maratonu kolarskiego w Polsce padł nowy rekord. Zdzisław Kalinowski z Choszczna pod Szczecinem przejechał trasę liczącą 1016 km w 36 godzin i 10 minut. To o półtorej godziny krócej niż dotychczasowi rekordziści trasy.

Tegoroczna, czwarta już edycja wyścigu Imagis Tour dobiegła końca. Na starcie maratonu z rampy portowej w Świnoujściu w sobotę 23 sierpnia stanęło 42 zawodników. Pierwsze kilometry kolarze pokonali w strugach ulewnego deszczu. Dotychczasowy rekordzista trasy, Wojciech Jaśniewicz nie był w stanie podjąć walki o obronę własnego rekordu. W nocy z soboty na niedzielę, przebił bowiem oba koła na nieoświetlonym odcinku trasy. W identycznej sytuacji znalazł się drugi z faworytów, Stefan Geba z Krzyża.

Kolejna para faworytów została wyeliminowana z walki o zwycięstwo przez pecha – Jerzy Tracz, jadący w pierwszej piątce kategorii OPEN zgubił torbę, co kosztowało go stratę co najmniej 20 minut, a prowadzący przez dużą część wyścigu Robert Kądziołka zerwał łańcuch przez co na mecie stawił się jako trzeci.

Zdzisław Kalinowski, tegoroczny zwycięzca ultramaratonu jest weteranem cyklu Imagis Tour. Zwyciężył w pierwszej edycji wyścigu w 2005 r. z czasem 39 godzin i 30 minut. Zawodnik startował w kategorii SOLO i cały dystans pokonał samotnie, nie dołączając do peletonu.

Imagis Tour 2008 był najbardziej emocjonującą edycją tego ultramaratonu. Mimo niesprzyjającej pogody, zawodników nie opuszczała wola walki. Tylko sześciu z 42 startujących zdecydowało się na nocleg na pierwszym punkcie kontrolnym w Bydgoszczy po przejechaniu dystansu 313 km.

***

Głównym sponsorem wyścigu jest Imagis S.A. - polska firma, która od 1992 roku zajmuje się Systemami Informacji Geograficznej. Firma dostarcza oprogramowanie GIS, tworzy mapy cyfrowe i systemy nawigacji GPS. Imagis S.A. prowadzi także działalność z zakresu budowy i integracji systemów informatycznych z funkcjonalnością mapową.

Zobacz również: galerię zdjęć z tegorocznej edycji Imagis Tour 2008.

Źródło: Rynek Turystyczny.

Popularity: 11% [?]

Autor: greten Wpisano: 2 wrzesień 2008
Kategorie: Imagis, relacje | bez komentarzy »

IMAGIS TOUR 2008 – Niebieskie Marzenie

Stojąc na starcie Imagisu Tour w Świnoujściu czuję się jak rakieta na wyrzutni, której celem jest maleńka miejscowość Wołosate, oddalona o ponad 1000km…

Moja decyzja o ponownym stracie w Imagisie zapadła na ulicach Recza podczas zeszłorocznego maratonu choszczeńskiego. Tempo i styl w jakim pokonywałem samotnie ostatnie 60km z 453km trasy były dla mnie szokujące. Stwierdziłem, że można poprawić czas w wyścigu przez Polskę. To był początek rocznych przygotowań.

W tym roku zaplanowałem tylko wiosenne testy w Trzebnicy i Lesznie – wypadły zadowalająco oraz obowiązkowe górskie maratony w Istebnej i Zieleńcu – wyniki wyśmienite. Dodatkowo wjechaliśmy z Krzyśkiem na Pradeda z odległości 250km od szczytu (530km w dwa dni) no i udało się wykonać grupowo 700km w 25h w Puławach. Na start w Świnoujściu udawałem się z przebiegiem 9500km i planem uzyskania jak najkrótszego czasu przejazdu, co miałem osiągnąć przede wszystkim ograniczając postoje do minimum.

W tym roku organizator wprowadził kategorię „Solo”, do której zapisało się kilku bardzo mocnych zawodników. Przed ostatecznym zatwierdzeniem listy startowej wycofało się dwóch kolejnych gigantów polskiego szosowego kolarstwa maratońskiego. Nie mogłem nie zauważyć, że gdybym poprawił czas o kilkadziesiąt minut pojawi się szansa na zwycięstwo w kategorii „Open”. Zapowiadał się pasjonujący wyścig, bo o tym samym mogło myśleć jeszcze 6-8 maratończyków.

Tydzień po Imagisie’06, dzięki informacji Krzyśka, nabyłem nową, niebieską ramę Treka SLR co zapoczątkowało reformę sprzętu. W rezultacie przez 2 lata w rowerze wymieniłem wszystko oprócz siodełka, kierownicy, klamkomanetek i przedniej przerzutki. Wspominam tu o tym bo chcę podziękować Krzyśkowi Kamockiemu za informacje, rady, cenne dary, pożyczenie lemondki oraz wspólne treningi i motywowanie do sukcesów. Sportgang dostarczył ważnych elementów stroju, kolorystycznie pasującego do ramy i kół. Tydzień przed Imagisem’08 rower nawałem wieloznacznie w myślach - „Uran”. Wszystko co trzeba było niebieskie.

Pierwszych ultramaratończyków spotkałem w czwartek w Poznaniu wsiadając do pociągu pędzącego z Krakowa. Oskar, Henio, Robert, Wacek i Janek byli w świetnych humorach lecz już zmęczeni podróżą. Znaleźliśmy schronienie w PTSM. W piątek piękna pogoda. Cóż robić? Do Niemiec na wycieczkę pojechaliśmy z Jasiem i Robertem. Wyszło tego „tylko” 100km bo wyspa Uznam się skończyła. W Peenemunde zrobiliśmy nawrót. Chyba z 5 godzin nas nie było. Potem obiadek własnej roboty w schronisku. Na odprawie technicznej spotkaliśmy się wszyscy w doskonałych nastrojach. Jeden temat tylko niepokoił – pogoda.

Wszystkie źródła prognoz były zgodne – powtórka armagedonu sprzed tygodnia. Deszcz ponad 30 l/m2, grad, wiatr szalejący 6m/s w dzień a do 8m/s w nocy. Trąby powietrzne. Deszcz od startu do mety, 16 stopni maksymalnie. Start w Imagisie w tych warunkach byłby debilizmem. A myśmy chcieli startować. W rozmowie z Acerolą, który był w Gorzowie, pocieszałem się, że Oni tam są jeszcze bardziej stuknięci chcąc w tych warunkach jechać „zwykły” 240 kilometrowy maraton. No po co? Jest ich 12 w sezonie – Imagis jeden….

Zaczęło padać podczas powrotu z odprawy. W nocy lało. Potem przerwało i gdy wszyscy już byli gotowi na starcie, schronieni pod dachem promowej rampy, znów lunęło, jak na Zieleńcu. Wiatr tylko jakiś mizerny był zatem nadzieja na niespełnienie prognoz zakwitła.
Po przemówieniu burmistrza, podniesieniu zapór na przejeździe kolejowym, obowiązkowym wystrzale z armaty… ruszyliśmy w ten deszcz w Bieszczady z opóźnieniem 5min.

Zanim wystartowałem, już błąd. Wykończyłem w bezmyślny sposób krążącą w tłumku startujących butelkę wody. Było tego ponad pół litra. Już po 10km czułem, że trzeba się zatrzymać i opróżnić pęcherz. Ale nie, nie! Zostawić balast – tak, zatrzymywać się – to już niekoniecznie. Udało się jakoś zgrabnie bez zatrzymywania i… nie w pory i nie na buty. Dognałem grupę i zaczęło się ściganie bez przeszkód. Energia po prostu rozpierała i duże jej porcje szły na korbowód. Na początkowych kilometrach było tempo bez respektu dla czekającego nas dystansu, zaleceń regulaminu (że do 30km/h). Deszcz nie przeszkadzał, wiatr też - komfort cieplny zapewniało 35-40km/h.

W naszej grupie byli maratończycy, reprezentujący frakcję tych, którzy uważali, że tylko spokój może ich uratować. Byli też tacy, wśród nich i ja, którzy nie wytrzymywali momentami tempa i chcieli nabrać trochę dystansu do grupy. Wiedziałem, że rozsądniej jest jechać spokojnie w grupie na zmianach. Ale jakoś moje zmiany wydawały mi się za silne. Często „niechcący” zostawałem sam. Podobnie jechali Tomek Ignasiak i Krzysiek Dziedzic. Harcowaliśmy po Pomorzu ile wlezie. Przestało padać przed Łobzem. Chmury podwyższyły podstawę. Czasem błyskało słońce. Wiatr wzmógł się i ustabilizował na kierunku prawie zachodnim. Czy może być piękniejszy prezent dla Imagisowca? Czekaliśmy Kalisza Pomorskiego by pociągnąć do Bydgoszczy z wiatrem.

Gdyby nie wypadek gdzieś daleko za naszą grupą (kolega wpadł przez tylną szybę do samochodu) odcinek do Bydgoszczy byłby bez historii. Solidna jazda grupowa dzięki której na 18 byliśmy na DKP w Bydgoszczy. Przez wspomniany wypadek na punkcie nie było nikogo z organizatorów. Zaczęły się „schody”.

To, że będę na tym DKP tylko 5min wymyśliłem rok temu. W ten plan wtajemniczyłem Jasia i Krzyśka. Ten jednak się wyłamał. Razem z Jankiem wprowadziliśmy ten kontrowersyjny plan w życie. Zmarnowaliśmy 14min i bez wody, bez przygotowanego dzień wcześniej obiadu w folijkach wyruszyliśmy z Jankiem w drogę. Wkrótce doszli nas Kalin i Robert. Wyszli musowo na prowadzenie bo jechali solo. Ta akcja zdenerwowała liderów czołowej grupy Open. Nie mogli się spokojnie najeść. Nazwano to potem zdradą. Ale my nie umawialiśmy się na drużynową jazdę na czas. A ucieczka była dla hecy (na 314km). Tylko, że Kalin i Robert ją pilotowali i to mogło wydać się Towarzyszom groźne.

Okazało się, że do Włocławka musiałem jechać bez wody i jedzenia!!! Kalin pod Toruniem na ekspresówce szukał rozsypanych baterii w trawie. A my zachodziliśmy w głowę co zaszło. Przed Włocławkiem Jasio i Robert skoczyli po wodę na CPN i w tym momencie zabrałem się do grupy, która nas doszła. Od razu zostałem zachęcony do tego by wyjść na zmianę. Wiedząc, że we Włocławku u Rebego jest ciepła herbata, muszę zmienić bidony na litrowe, wyjąć jedzenie z plecaka oraz dodatkowe lampki, może się i przebrać postanowiłem urwać się grupie by mieć czas na to wszystko. Jak pomyślałem tak też zrobiłem.

Wpadłem na punkt pierwszy i zacząłem pić herbatkę i opowiadać. Wozu z moimi plecakami nie było!!!! Sytuacja stała się krytyczna. Skąd wziąć 2l isostara , lampki, zaległe jedzenie? KOSZMAR.

Z grupą miałem „na twardym pieńku”. Mogliby przemknąć i zostawić mnie. Czy połaszczą się na herbatę? Wpadli! Zaraz potem Janek i Robert. A zaraz potem samochód z moimi rzeczami. Nie zdążyłem ze wszystkim – grupa poczekała 2min – dzięki. Pojechaliśmy. Przez Włocławek piłem i jadłem. Przeprowadziłem grupę przez Kowal, Gostynin, Łąck, i zbliżamy się do ważnego momentu - KOSZMARNEGO.

Między miejscowościami sfrezowany 400m odcinek drogi. Stefan i Wojtek łapią po dwa kapcie!!! Reszta grupy nie czeka. Dwóch kolejnych faworytów odpadło. Mamy tam nieplanowany postój (gdy Stefan robił pierwszą gumę) i decydujemy, że następny będzie w Sochaczewie. Ale za nim Sochaczew to były zabawy w ganianego. Cóż najlepsza metoda na sen to przyśpieszyć.

Pod Sochaczewem koszmar z tirologami w roli głównej. Dwóch nawet stanęło naprzeciwko siebie, jak jeden z nich wyprzedzał nas po lewej stronie wysepek i poszedł na czołowe z drugim. Uch! Gorąco się zrobiło. Ale tak naprawdę zimno było. Noc pogodna. Stanęliśmy na CPN ale okazało się, że punkt zaplanowany jest 15km za Sochaczewem. Ciężko było się ruszyć stamtąd. Przed Grójcem szaleństwo sięgnęło zenitu. Wraz z Tomkiem Ignasiakiem i Krzyśkiem Dziedzicem zrobiliśmy poważną ucieczkę (38-42km/h). Lampki grupki zniknęły za nami. Mieliśmy nie zatrzymywać się na punkcie. Zaczęło kropić. Szliśmy do punktu „w trupa”. Hmm, ale… nie wiem czemu zatrzymaliśmy się… Akcja została skasowana.

Tuż za punktem w Grójcu Jasio nie wyjechał z mokrej (zapiaszczonej?) koleiny i upadł. Mógł jechać dalej, nic się nie stało ale fakt ten zaważył na późniejszej taktyce. Kalin i Robert byli w pobliżu. Ruszyliśmy dalej. Na obwodnicy Białobrzegów było tempo okrutne. Kalin najpierw jechał przodem potem uznał, że wygodniej i wystarczająco będzie jechać 100m za grupą. Potem jednak wystrzelił do przodu i to była już Jego akcja na metę. Tomek powiedział wtedy „No to teraz Kalin narobi nam siary.” Wyprzedził na dobre czołówkę open!!! Skoczyłem za Nim gdy miał 250m przewagi. Dogoniłem ale na Jego kole to nie odpoczniesz! Doskoczył jeszcze Jarek Kędziorek „Kurier”. I zaczęliśmy szybko pędzić w stronę Ustrzyk. Jarek przyznał, że idzie w Wikingu spać. Uznałem, że jazda za Kalinem da mi taką przewagę, że … pozamiatane.

We Wsoli byłem pierwszy z całej stawki Imagisu o 6:15. Tu na szczęście mój absurdalny plan poszedł się… Otóż odkryłem, że w tylnej oponie tkwi kamień. Na mokrym sliku Schwalbe aż bąbelkowało powietrze. Dogoniłem Kalina z 3 barami na tyle? Gdzie wbił się kamień? Za Grójcem czy tuż przed Wsolą? We Wsoli nikt na nas nie czekał. Wesele było. Pijany facet uparł się by mnie wkurzyć. Jakaś pijana kobieta zwróciła mu uwagę. „Nie denerwuj pana widzisz, że złapał gumę!”, „Aale ja właśnie chcę tego pana zdenerwować!”. No - ta odpowiedź mnie rozbawiła. Kalin z Jarkiem polecieli przez Radom. Ja wymieniając dedkę zobaczyłem jak wpada grupa ale nie wiem ilu – Janek, Tomek…. Szybko opuściłem Wsolę. W bramie minąłem Roberta.

Do Wikinga samotnie. Przez centrum mokrego Radomia. Kropiło od świtu ale już za Radomiem zobaczyłem, że zachodni horyzont przejaśnia się. Do Wikinga przestało padać. Byłem tam o 8:15. Kalin już pojechał. Jarek już zabierał się za „śniadanie”. Twardo twierdził, że idzie spać. Zaraz dojechali Robert a za Nim Janek i po posiłku niezwłocznie rozpoczęliśmy zasadniczą akcję na metę. Wiedzieliśmy, ze karty zostały rozdane. Kalin szedł na rekord. Robert jechał swoim tempem po drugie miejsce. Pobijany Janek siadł mu na koło. Ja nie chciałem zostawiać poobijanego Janka. Jest taka niepisana zasada, że za Wikingiem nie ma ścigania. Zostaje ten kto wyrazi na to chęć.

Mieliśmy sporadycznie organizowane punkty na trasie. Między Grójcem a metą tylko dwa lotne punkty !!! Jeden tuż przed Wisłą drugi za Leskiem. Rozciągniętą stawkę maratończyków obsługiwała tylko Kinga. Ale musiała się wyspać. My jechaliśmy. Zaopatrywaliśmy się na stacjach benzynowych w Powerade-y. Tempo między Wikingiem a Sanokiem nie było optymalne dla mnie. Jechaliśmy bez zmian - ja jako trzeci. Zasypiałem. Zrobiło się ciepło. W Kolbuszowej myślałem, że padnę. Wymyślałem tak straszne głupoty by zając czymś mózg i nie zasnąć. Nie starczyło odwagi by zrobić ucieczkę i samotnie - jak 2 lata temu pojechać na metę. Dla towarzystwa w jeździe ryzykowałem zaśnięcie na rowerze. Ze snem walczyłem do Rzeszowa chyba ponad 3 godziny. Przed Wisłą rozpocząłem leczenie sudokremem i przebrałem się w luźne gatki, które nie urażały ran.

Za Rzeszowem zaczyna się prawdziwy Imagis. Tam już nie ma spania. Ja na podjeździe nie zasnę nigdy. A hopki jedna za drugą! Na zjazdach mimo ciepła odczuwałem chłód z uwagi na wyczerpanie organizmu. Dochodziły do nas wieści, że konkurencja już odpuściła. Mimo to postoje robiliśmy minimalne. Przed Sanokiem wyskoczył na trasę Kondor i towarzyszył nam 25km. Ten czas z Nim szybko zleciał – pozdrowienia dla największego kibica w Polsce. Koło Uherców ubraliśmy się do jazdy wieczornej na ostatnim punkcie zorganizowanym przez Kingę. Para wydobywała się z ust. W zapadającym zmroku i pojawiającej się mgle dotarliśmy do Ustrzyk Dolnych.

Jeszcze tylko podjazdy pod Żłobek i Czarną. Tam okazało się jakim potencjałem dysponuje Robert. Na Czarną nie utrzymałem mu koła. Czekał na nas na szczycie i zmarzł na kość w ciągu 2min. Potem Lutowiska i dalej już tylko cierpliwe rzeźbienie do Ustrzyk Górnych. Dotarliśmy tam o 22:06 z czasem 38godz 1min. Rekord w tym miejscu już poprawił Kalin ale ja miałem stale w pamięci „ludzki” wyczyn Grzegorza i Wojtka z zeszłego roku 37:40. No cóż kilka czynników złożyło się na to, że zabrakło nam 21min. Od tego punktu zostało 6km i pokonaliśmy je z Jasiem w 21min !!! Ależ musieliśmy być wykończeni. Droga wznosi się tam minimalnie. Robertowi kazaliśmy uwijać się na metę – nadrobił 2min.

W Wołosatym na mecie byliśmy o 22:27 po 38h i 22 min od chwili startu w Świnoujściu z czasem jazdy 34h 47min co daje 3h 35min postojów zatem 2h obcięte w porównaniu z poprzednim startem. Średnia prędkość jazdy 2006 i 2008 prawie identyczna. Mój czas lepszy o 2h 11min. (Im dłuższa trasa i gorsze warunki tym mam lepszy wynik na tle konkurencji).

Czekał tam gospodarz Wołosatego z ciepłym posiłkiem i piwkiem. Siedzieliśmy w ciepłej knajpie a Robert ponaglał bo i nas zaraz zaczęło telepać. Spacer do noclegowni. Kołdra… spanko.. hrrr…hrrr…

Rano – cóż robić? - idziemy na Tarnicę. Wejść się może da, ale czy zejdę? Udało się! Właściwie każdy z czołówki Imagisu zaliczył te wycieczkę. W tym czasie kolejni zawodnicy wpadali na metę. O 17 zorganizowano grillek w Wołosatym. Czas zleciał… Nazajutrz czyli we wtorek… - cóż robić?- no to na rower i do Wetliny na ultranaleśnika z jagodami, truskawkami i serkiem. Wpadliśmy tam o 11 i uprosiliśmy panią by zrobiła 4 sztuki (Jacek, Janek, Robert i ja) 2h przed otwarciem karczmy!

Oj ucztowaliśmy, oj to trzeba powtórzyć… W doskonałych humorach zdążyliśmy punktualnie na dekorację medalami oraz drewnianymi płytami w kształcie naszego kraju i sesję zdjęciową. Potem pakowanie w 2min bo w siedmiu wynajęliśmy busa do Przemyśla na pociąg w Polskę.

Czwarta edycja Imagis Tour przeszła do historii. Dzięki nieprawdopodobnemu szczęściu udało się mi wygrać kategorię Open wraz z Jasiem Chudalą, który dwa lata temu na tej trasie stał się dla mnie niemalże guru. To On dostarczył mi najwięcej wiedzy o tym jak jechać takie dystanse. Szkoda, że moje szczęście tak ściśle związane jest z pechem rywali – kłopoty ze zdrowiem, kapcie, nieznajomość trasy.

Szkoda, że o organizacji tej szalonej imprezy można tu napisać skrajne komentarze. Dostrzegam wielki wysiłek organizacyjny i olbrzymie nakłady finansowe sponsorów. Jednak z drugiej strony brak wielu punktów kontrolno/żywieniowych i mocno położona relacja on-line to główne wpadki. Na długich odcinkach trzeba było liczyć tylko na siebie. Ogólnie jednak trzeba podsumować wszystko na plus. Szczególnie miło wspominać będziemy pobyt w Wołosatem.

Sam też czuję się dziwnie – radość wiktorii i smutek spełnionej baśni.

Podziękowania dla Rodziny, Sponsorów, Organizatorów, Uczestników, Kibiców.
Szczególne podziękowania dla Kingi, Jasia, Roberta, Tomka, Kondora, Rebego.
Specjalne podziękowania dla Krzyśka 8 K.

Relacja jest długa bo miałem na uwadze ciekawość przyszłych debiutantów.

Najbardziej sensacyjne newsy z trasy to: jazda Grzegorza w kierunku Bydgoszczy gdy był już za Toruniem oraz pompowanie przez Krzyśka tylnego koła w czasie około 1 godziny – szybciej nie był w stanie!!!

Adam 5 Filipek

Popularity: 12% [?]

Autor: greten Wpisano: 1 wrzesień 2008
Kategorie: Imagis, relacje | bez komentarzy »