Istebna 2008 – byłem, przeżyłem, więc piszę…

Wszystko zaczęło się w marcu. Wtedy to dokonałem zgłoszenia i wpłaty startowego uprawniających do udziału w tegorocznej górskiej edycji Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych: Pętla Beskidzka – Istebna 2008.

Jako że miał to być mój pierwszy amatorski start w maratonie szosowym, każdy trening od pierwszych oznak wiosny podporządkowany był tylko jednemu celowi – przygotować formę na koniec czerwca. W między czasie kilkakrotnie wystartowałem w imprezach lokalnych na terenie województwa Świętokrzyskiego o dystansach zbliżonych do wybranej przeze mnie trasy „Mini” maratonu w Istebnej. Co prawda Górom Świętokrzyskim daleko do szczytów Beskidu Śląskiego, ale kilkukilometrowe podjazdy i u nas się znajdą. Są też takie o nachyleniu ponad 10% dające przedsmak prawdziwych górskich wspinaczek. Każdą wolną chwilę, każdy wolny weekend spędzałem na zjazdach i podjazdach szlifując formę. Szczęśliwie ominęły mnie w tym czasie defekty sprzętu, kontuje etc., aż zbliżył się dzień wyjazdu.
Wraz z moim nastoletnim synem w przeddzień startu spakowaliśmy potrzebny sprzęt i udaliśmy się w 300 km podróż, której celem była….Istebna.
Po drodze zabieramy znajomego do tej pory z internetowego forum Dobrosława (którego relacja również znajduje się na naszej stronie) i podwozimy go do Wisły, skąd później dołączy do nas ze swoim kolegą Michałem.
W Istebnej szybko odnajdujemy miejsce noclegu, rozpakowujemy się, przebieramy i ruszamy do biura zawodów gdzie dokonuję rejestracji. Tam też spotykamy się z Dobrym i Michałem którzy w międzyczasie dotarli z Wisły. Po rejestracji zostaję na odprawę techniczną, która przewidziana jest na godzinę 21.00. Organizatorzy zapoznają nas z trasą, zasadami startu, udzielają cennych porad. O 22.00 powrót na kwaterę.
Pobudka o 6.00. Pogoda wymarzona na start: słoneczko, trochę wiatru. Zjadam kaloryczne śniadanie, przygotowuję bidony i prowiant, ostatnia kontrola sprzętu i ruszamy pod amfiteatr. Od tej pory syn pełni rolę fotoreportera ( załączona galeria zdjęć jest w 90% jego autorstwa) a ja reprezentując barwy „pro-cycling.org” udaję się na linię startu. Spotykam tam grupę moich znajomych ze Skarżyskiego Towarzystwa Cyklistów, z którymi wiele kilometrów spędziliśmy na wspólnych treningach. W ostatniej chwili dołącza do mnie jeszcze jeden reprezentant pro-cycling.org. Dawid Branny, który dziś postanawia zmierzyć się z dystansem Mega.

Trasę rozpoczynamy 8-mio kilometrowym podjazdem pod Ochodzitą. Jedziemy w asyście Policji, przy zamkniętym ruchu. Obowiązuje zakaz ścigania, ale już pierwsze kilkaset metrów dokonuje selekcji wśród uczestników. Na szczyt, gdzie ulokowana została premia górska docieram po 28 minutach, ze średnią nieco ponad 16 km/h. Następnie równie długi zjazd a potem prosta aż do miejsca w którym rozchodzą się trasy dystansów Mini (86km) i Mega (150 km). Ci którzy zdecydowali się na trasę Giga pokonują najpierw odcinek Mega a później wrócą do tego miejsca aby pokonać odcinek Mini.

Jeszcze kilkanaście kilometrów pokonuję w samotności, a później dogania mnie i towarzyszy zawodnik który spóźnił się na start, i choć nie został zarejestrowany postanawia pokonać dystans. Razem docieramy do punktu żywieniowego, gdzie uzupełniam stracone wcześniej kalorie i dopełniam bidony. W tym miejscu mamy już za sobą 45 km, ale dopiero teraz Beskid Śląski pokaże na co go stać. Mijamy Szczyrk i rozpoczyna się pierwszy z trzech następujących po sobie podjazdów za którymi znajduje się upragniona meta. Wjazd na Salmopol nie jest może najtrudniejszy technicznie, ale za to najdłuższy i ciągnie się bez końca. Jedyna recepta aby go pokonać to utrzymywać stałe tempo i brnąć przed siebie. W takich momentach mozolnego wysiłku stają przed oczami relacje z najtrudniejszych a zarazem najciekawszych etapów Giro czy TdF, a każdy amator kolarstwa choć przez chwilę może poczuć namiastkę tego co przeżywają gwiazdy zawodowego peletonu. Po tej trwającej wieczność wspinaczce wreszcie upragniony zjazd do Wisły. Na tym odcinku, niektórym ze szczęśliwców uda się dzisiaj zobaczyć trenującego Sylwestra Szmyda. Mnie niestety ta okazja ominęła ale dzięki temu mogłem z pełną koncentracją i skupieniem przystąpić zmierzenia się z następnym podjazdem na Kubalonkę. Pierwszą część do Zameczku pokonuję jeszcze chyba siłą rozpędu z zakończonego właśnie zjazdu. Dalej to już koszmar. Coraz większe nachylenie stoku odbiera mi z każdą chwilą coraz bardziej ochotę do dalszej jazdy. Do tego przed oczami pojawia się znak drogowy informujący o stromym podjeździe i to w chwili gdy myślałem że już dojeżdżam do szczytu. Gdy motywacja zaczyna sięgać dna przypominają mi się słowa z o

rganizatora z odprawy technicznej: „…jeśli tu zsiądziecie z roweru to nie ma możliwości żeby z powrotem wpiąć się w pedały i ruszyć dalej pod górę przy tym nachyleniu na rowerze szosowym…”. Na zmianę więc to staję to siadam, aby odciążyć niektóre partie mięśni i kręcę mozolnie w kierunku szczytu. O dziwo po drodze udaje mi się minąć trzech zawodników których ten podjazd potraktował brutalniej niż mnie. Ale wtedy przychodzi drugi kryzys. Przed zejściem z roweru uratował mnie jadący przede mną maratończyk z Rudy Śląskiej, którego kolegę minąłem po drodze. Ramię w ramię pokonujemy ostatnie metry Kubalonki a na szczycie, przed ostatnim dzisiaj zjazdem dogania nas jego kompan. Jakiś czas jedziemy wspólnie, wyrównujemy oddech i zjeżdżamy do Istebnej Zaolzie, skąd rozpoczyna się ostatni 5 – cio kilometrowy podjazd pod metę na Ochodzitą. Jednak ta wersja podjazdu pod Ochodzitą jest zdecydowanie trudniejsza od pierwszej bo: mam już w nogach 81 km trasy oraz ma dwa fragmenty o blisko 20 % nachyleniu. To tutaj tak naprawdę przechodzę chrzest bojowy maratończyka – amatora, gdy moje płuca ledwie nadążają dostarczać tlenu do palących mięśni ud. To tutaj trwa niekończąca się wspinaczka, przy maksymalnej w tym miejscu prędkości 5-8 km/h. Przed maratonem nawet nie byłem w stanie wyobrazić sobie ile potrafię znieść na trasie i jakie pokłady silnej woli posiadam. Tego dnia tylko to pozwoliło mi pokonać własne słabości i wjechać na upragnioną metę. Po przejechaniu linii mety odbieram gratulacje od przedstawicielki organizatora, otrzymuję okolicznościowy medal i zdaję numer startowy. Chwila odpoczynku, wymiana wrażeń ze znajomymi i udaję się zostawionym wcześniej tam samochodem na kwaterę. Prysznic, lekki posiłek,

pakujemy rzeczy i wracamy na trasę aby dopingować resztę uczestników i dokumentować kolejnych szczęśliwców wpadających ostatkiem sił na metę. Następnie zjeżdżamy do miejsca gdzie czeka na nas posiłek regeneracyjny a później odbędzie się uroczysta dekoracja zwycięzców w poszczególnych kategoriach oraz losowanie nagród. Impreza kończy się ok. godziny 23.00, a my jeszcze pełni wrażeń z trasy wsiadamy do samochodu i ruszamy w drogę powrotną. O 03.05 docieramy do domu.
Był to mój pierwszy i dziś już wiem że nie ostatni udział w maratonie rowerowym. Wspaniała organizacja (wielki ukłon w stronę organizatora „Legierski Projects”) i atmosfera wśród kolarskiej braci bezsprzecznie potrafią zaszczepić nieodpartą chęć udziału w kolejnych edycjach tego i innych maratonów. Już wcześniej czułem że tak będzie i dlatego zgłosiłem się na Klasyk Kłodzki….a więc do zobaczenia na szosie.

Wasz Korespondent Terenowy …

Galeria zdjęć

Źródło: pro-cycling.org

Popularity: 5% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 15 lipiec 2008
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »

Pętla Beskidzka 2008 - subiektywna relacja maratończyka-cykloamatora

Jakimś cudem znalazłem się wśród kilkuset zapaleńców w organizowanym przez Wiesława Legierskiego i jego kompanię maratonie o wdzięcznej nazwie „Pętla Beskidzka”. Dla mnie był to debiut w wyścigu kolarskim, choć ze względu na ograniczone możliwości materiałowe specjalnie ścigać się nie zamierzałem; priorytet był inny – nie dać się pokonać własnym słabościom. Trasa maratonu była bardzo ciekawa, trudna, bo górzysta, i dobrze opisana, a dla mnie – wcześniej wielokrotnie we fragmentach wypróbowana, w końcu Beskid Śląski, Żywiecki i Mały to moje okolice, jednak w tej konfiguracji nigdy jej nie próbowałem pokonać.

Na maraton wybrałem się z kolegą – podobnym do mnie maniakiem, jednak o dużo bardziej góralskiej budowie i większych możliwościach – Michałem, wielokrotnym partnerem kolarskich wędrówek. I przez większość dystansu trzymaliśmy się razem, tworząc wraz z kilkoma innymi cyklistami tylną straż wyścigu.

No ale zacznę relację od początku. Na starcie ustawiliśmy się w okolicach 40. pozycji, co oznaczało, że za nami wystartowało jeszcze 250 zawodników. Powiem jeszcze, że jako nieliczni z tych w czubie nie dysponowaliśmy kolarkami, a mój giant allrounder z torbą na kierownicy i błotnikami w tym towarzystwie mógł wywoływać uśmieszek politowania. O godzinie 8.15 wystartowaliśmy i już na samym początku, na podjeździe pod Ochodzitą (dość stromym, ale za pierwszym razem niezbyt męczącym) zostaliśmy brutalnie zdemotywowani, albowiem wyprzedziło nas około 200 zawodników. Jednak nasze twarde psychiki nie dały się tak łatwo złamać i nie mieliśmy problemów – na rozjeździe skręciliśmy, zgodnie z planem, skręciliśmy na trasę Mega, czyli 150 km. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów wreszcie przestali nas wyprzedzać inni uczestnicy (i uczestniczki) maratonu, a zaczęło się krystalizować towarzystwo, które było podobnie do nas dysponowane – sporą część trasy przejechaliśmy obok Remigiusza z Poznania, którego dwa tygodnie temu potrącił dość solidnie autobus, co jednak nie miało wpływu na jego kondycję. Tak więc dość spokojnie przejechaliśmy dwie kolejne premie górskie (strome, ale dość krótkie) – U Poloka i Rychwałdek, na którym był umieszczony pierwszy bufet, zresztą bardzo sympatycznie wyposażony, a furrorę robiły w nim andruty z żelo-galaretką, czy jak to różowo-zielone nazwać…

Wiedząc dobrze, co mnie będzie czekać w końcówce, nie forsowałem specjalnie tempa (puszczałem koło nawet na płaskim, gdy robiło się za szybko), co zresztą sobie założyłem przed startem. Po Rychwałdku przyszła pora na kolejną, już nieco poważniejszą, wspinaczkę – Przełęcz Kocierską od strony Moszczanicy. Tu Michał mi odjechał, nie tylko dlatego, że się starałem maksymalnie oszczędzać, po prostu jest z niego lepszy materiał na górala. Po Kocierzu przyszła najbardziej zdradliwa górka – Przełęcz Beskidek Targanicki. Krótka, raptem 1,5 km, ale z brutalnym fragmentem o nachyleniu w okolicy 20%. Ja już nieraz się na tej ścianie płaczu przejechałem, więc trzymałem się z góry założonej prędkości 5 km/godz., ale w Michale zbyt mocno zawrzała krew i postanowił posprintować, mijając kolejnych rywali jak tyczki slalomowe, a mnie wyprzedzając na krótkim odcinku o sto kilkadziesiąt metrów… I to był jego łabędzi śpiew, bo po zjeździe (po fatalnej nawierzchni, co odczuwałem nawet ja na mych grubych oponach) to już nie był ten Michał co przedtem, zaczęły go łapać kurcze, i na długich płaskich odcinkach między 70. a 95 kilometrem, które potem nastąpiły, nawet ja byłem go w stanie urwać…

Później zrobiło się trochę pod górkę, ale za to zaczęliśmy się zbliżać do bufetu – pora była najwyższa, bo zaczęło mi brakować wody. Ale ten bufet był wyjątkowo fałszywy – miał być na 103. kilometrze, a był o cztery dalej. A droga doń wciąż wiodła pod górkę, co odbiło się na postawie mocno sfatygowanego Michała. Ja za to czułem się znakomicie (relatywnie, rzecz jasna), nawet w perspektywie mających nastąpić wkrótce Salmopolu, Szarculi i Ochodzitej. W samym bufecie wypiłem całą półtoralitrową butelkę i, uzupełniając kalorie, napchałem się bananami, arbuzem i sławetnymi żelkami. Towarzystwo, w jakim tam się znalazłem, czyli tylna straż dystansu Mega, nie miało specjalnie bojowych nastrojów – po 100 kilometrach wszyscy mieli dość. No ale przecież nikt się nie poddał i po długiej (może trochę zbyt długiej) przerwie trzeba było jechać dalej.
Dojazd do Przełęczy Salmopolskiej zacząłem dość wolno, nie mogąc złapać utraconego w bufecie rytmu i dramatycznie szukając zakrzaczonego miejsca, w którym mógłbym „odcedzić kartofelki”. Na szczęście dość szybko rytm się odnalazł i udało się po drodze minąć „rywali”, którzy nieco wcześniej wyruszyli z bufetu – Remigiusza z Poznania i Grześka z Żywca. Pojawił się jednak inny problem – czując już bliskość mety, zapomniałem o tym, żeby się oszczędzać (choć na dobrą sprawę to nie wiem, czy było jeszcze coś do oszczędzenia), bo trochę zbyt mocno potraktowałem Salmopol. Niemniej jednak zjazd z tej przełęczy oznaczał, że zostało do przejechania już tylko 20 ze 150 kilometrów, a na dodatek – czekała mnie na nim spora niespodzianka – z przeciwnej strony przejeżdżał kolarz w stroju Lampre, którym okazał się Sylwester Szmyd.

Tak zaskoczony po kilku kilometrach zjawiłem się w Wiśle Czarne, gdzie rozpoczęło się prawdziwe piekło. W zasięgu wzroku nie było żadnego „rywala”, pozostało więc tylko odliczanie ostatnich kilometrów, które niemiłosiernie dawały się we znaki uporczywością swej stromości. Jechałem już ostatkiem sił, bo dystans i przejechane górki odcisnęły piętno na mych nogach, i miałem nadzieję, że nikt z dystansu Giga nie da mi berka (czyli wyprzedzi o rundę 86-kilometrową)… Niestety, stało się inaczej – minął mnie lekko i płynie jadący gość w stroju Fassa Bortolo – to deprymuje, zwłaszcza że szybko zniknął za kolejnym stromym zakrętem. Na szczęście górka się skończyła, a potem zaczęły się zjazdy niezwykle urokliwymi wąskimi dróżkami w stronę Istebnej i Koniakowa (aż dziw bierze, że ich do tej pory nie wypróbowywałem, bo jazda w tej okolicy to czysta przyjemność, z małymi wyjątkami).

Trzeba się teraz było przyszykować na ostatnie długie minuty cierpienia. Były to bardzo strome minuty, czego się spodziewałem, choć nie w takiej mierze. Dojazd do Koniakowa okazał się jeszcze trudniejszy niż rano, nie tylko przez zmęczenie, ale i przez inny wariant trasy. A ułożyło się tak, że końcowe trzy kilometry pokonałem w towarzystwie pechowca, któremu się zerwał łańcuch, i którego spięcie zajęło mu sporo czasu. Na tej stromiźnie nie robiło wielkiej różnicy, że on jechał na kolarce, wspinaliśmy się równo, a po wskoczeniu na główną drogę, z której było tylko 1500 m do mety, rywal mnie wyprzedził i odjechał na kilka metrów. Dobrze znając drogę i swoje możliwości, nie starałem się go trzymać jego koła za wszelką cenę, ale trzymałem na dystans w najtrudniejszych fragmentach, by dojść go na wypłaszczeniu. Przetrzymałem wszystkie kryzysy i 200 m przed kreską zaatakowałem zdecydowanie. I gdy już ledwo zipałem za linią mety, okazało się, że facet pojechał dalej, na Giga…

Jednak mimo tej głupkowatej wpadki na koniec jestem z siebie zadowolony. Co prawda miejsce w kategorii fatalne – 39., bez perspektyw na walkę o lepsze, ale nie łudziłem się, że może być lepiej. Dużo lepiej poszło za to wieczorem w losowaniu nagród, gdzie dwieście dziesiątka wygrała zestaw: rękawiczki i pompkę. To chyba zachęta na następną edycję.

Autor - Dobrosław Barwicki-Picheta

Źródło: Pro- cycling.org

Popularity: 5% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 14 lipiec 2008
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »

Maraton Istebna 2008

Maraton Istebna - 2008 – piątkowy przyjazd do Istebnej w mocnej wrocławskiej grupie.

Jest Gosia – nasza mistrzyni razem z Grzesiem, przyjechał Rolad, Darek, Irenka mistrzyni z Choszczna i ja, a w drugim samochodzie Jacek i Manuel, zabrany grzecznościowo z Wrocławia. Istebna wita nas ładną pogodą, a prognoza na jutro też ładna. Wspólny start – dla mnie całkowita nowość okazał się udany, a tak jak podawał Org wszyscy rozciągnęli się pod Ochodzitą. Premia górska mnie – oraz wielu innych uczestników nie interesowała, za długi dystans miałem przed sobą, aby szarpać się na stare lata na jakąś ,,nędzną chopkę”.

Skoczyli oczywiście miejscowi młodzieńcy, aby pokazać się swoim ,,dziouchom”. Ci co odskoczyli nie czekali za górką na innych tylko pogrzali dalej i tyle ich było widać. Jadę w grupie trzeciej lub czwartej z Kaliną, Adamem , Andrzejem J. sympatycznymi chłopakami z Interkolu z Ostrowa i kilkoma nieznanymi mi kolarzami, dogania nas jeszcze Rolad, my doganiamy innych i grupa liczy około 20-tu osób.

Rozjeżdżamy się w Węgierskiej Górce, my na Mega, inni na Mini. Naturalna selekcja zaczęła się na przeł. U Poloka , Kocierskiej i Targanicy. Na sławetnym zjeździe naliczyłem 9-ciu szczęśliwców z dętkami w rękach, wśród nich Kalina i Rolad. Przejechałem szczęśliwie, ale spokojnie i razem z nr 177 – Sebastianem ze Świnoujścia gonimy oddalającą się grupę, ale … … coraz wolniej i na zachodnim brzegu jez. Żywieckiego jedziemy już razem grzecznie współpracując. Na punkcie przed Szczyrkiem jest nas czterech, ale po kilku zmianach dwóch odjeżdża – mają inne tempo.

Napełniam bidon, drugi zgubiłem wcześniej, jem arbuza i dalej już całkiem spokojnie na Salmopol, Malinkę, Kubalonkę i Koniaków z ukochaną Ochodzitą. Naprawdę polubiłem ją już za drugim razem i wiedziałem, że zostaje mi ją pokonać jeszcze tylko jeden ostatni raz, może nawet z ,,buta”. Na Mega zostaje Sławek a dołącza Jacek i tak jest nas trzech, a po kilkunastu minutach czterech. Jacek -64, Adam – 20, Wojtek – 87 i ja 28-Klan.

Przez całą dolinę Radziechowy – Godziszka – Szczyrk jedziemy razem, ale zmiany dajemy tylko z Jackiem. Użyłem swojego ,,autorytetu” i koledzy lekko włączyli się do współpracy. Na postoju na bufecie widzę siedzących na krawężniku zajechanych zawodników. Źle obliczyli swoje siły, ale młodzi szybko zregenerują swoje siły i pojadą dalej. My pijemy, jemy i w drogę. Zostaje Adam, dochodzi drugi Krzysztof – nr 19 z Warszawy i we trzech zaczynamy znane nam z trasy Mega podjazdy. Wojtek – 87 ,,nagle” dostał sił i odjechał.

Nie cierpię takich zachowań. (Na mecie dowiaduję się, że wcześniej na Mega korzystał z pomocy żony jadącej zielonym maluchem). Ogłaszam amnestię, każdy pod górkę jedzie już swoje i ma prawo jechać do mety. O dziwo protestuje Jacek i ogłasza, że mnie nie opuści, tak jak ja jego w Gryficach. Jednak wspólna jazda na innych maratonach i wzajemna pomoc teraz procentuje. Dzięki Jacku.

Jacek i Krzysiek pod górkę odjeżdżają, ja na zjazdach ich dochodzę, znów razem i tak do mety. Różnica między nami po 2min. miejsca 14-16 a więc wysokie. Jestem bardzo zadowolony, że znów niejaki Adagio jest tuż przy mnie, w zasięgu są jeszcze Grześ, Remik, Krzyś z Łodzi, i Sławek. Czemu nie jechaliśmy razem? Jak w 2007 roku? Mam przekonanie, że ten maraton był dla mnie maratonem nr 1 z tych co przejechałem. Podobno maraton w tą sobotę i niedzielę będzie jeszcze trudniejszy – ano zobaczymy!


Zakończenie od godz. 21-szej przebiegło sprawnie, fakt że zabrakło okolicznościowych medali na mecie i kilku dyplomów przy dekoracji, ale znając Orgów z Istebnej te małe niedoróbki zostaną szybko uzupełnione.
Tradycyjnie pozdrawiam i do następnego spotkania w gronie zakręconych


Krzysztof - Klan

Popularity: 12% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 1 lipiec 2008
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »