Jeszcze Pętla Karkonosko-Izerska

Dzięki staraniom organizatorów odcinki ścigane ( OS - zliczane do klasyfikacji końcowej ) były całkowicie wyłączone z ruchu. Komfort ścigania się w takich warunkach jest ogromny i porównywalny z warunkami jakie mają zawodnicy MTB …. w lesie :) Od startu każdego odcinka tworzyły się więc prawdziwe szosowe peletony, w których przez całe odcinki (np. z Mirska do Jeleniej Góry czy z Gryfowa do Czerniawy) utrzymywali się najsilniejsi zawodnicy a słabsi mogli poczuć smak “strzelania” czyli odpadania od szybko oddalającej się grupy.

W pierwszy dzień przejechaliśmy ok. 140 km, w tym trzy OS-y. Po ulewnym deszczu, który złapał nas w drodze do Czerniawy dojechaliśmy na start trzeciego OS do Mirska przemarznięci i z wodą w butach. Na widok szczękających z zimna kolarzy Gościnny Mirsk (dzięki!!!) częstował wszystkich gorącą herbatą z cytryną i cukrem. Etap do Jeleniej Góry był na szczęście w pełnym słońcu więc wyschliśmy i było aż za gorąco od narzuconego przez Marka Galińskiego i jego rywali tempa.

W Parku Zdrojowym w Cieplicach Prezydent Jeleniej Góry Marek Obrębalski z Cezarym Zamaną wręczyli medale za pierwszy dzień zawodów. Na pudle stanęli m.in. najszybszy kolarz Marek Galiński i najszybsza zawodniczka Joanna Wołodźko :)))

Dzień drugi rozpoczęliśmy od wolnego przejazdu z Borowic. Ruszyliśmy w piętnastoosobowych grupach by bezpiecznie i zgodnie z przepisami dojechać do Łomnicy. Tam start pierwszego OS - a meta etapu na Przełęczy Kowarskiej via Przełęcz Karpnicka i Przełęcz pod Średnicą. Drugi tego dnia OS zakończył się zanim niektórzy zaczęli łapać rytm sztywnego podjazdu z Karpacza Dolnego do Karpacza Górnego, ale nic w przyrodzie nie ginie - ostatni podjazd Pętli z Podgórzyna przez Przesiekę na Przełęcz Karkonoską trwał za to dla większości z nas baaardzo długo. Marek Galiński ustanowił nowy rekord na 34′28″. Został również zwycięzcą całej Pętli 2008. Najlepszym wrocławianinem okazał się Jakub Placzki (open 6), Jacek Jędrasiewicz z Jeleniej Góry był 2/M1, Piotr Szulc Eska Ritchey Team 3/M4, Joanna Wołodźko Eska Ritchey Team wygrała klasyfikację kobiet przed Agnieszką Zym i Ireną Kosińską.
Zawody były bardzo wymagające, ale świetnie przygotowane: bufety były dobrze zaopatrzone, służba medyczna stale miała nas na oku a zabezpieczone przed samochodami OS-y pozwalały pościgać się bezpiecznie nawet Naszemu Tegorocznemu Olimpijczykowi bez obaw o nieprzewidziane kolizje. Miłą niespodziankę przygotował sponsor OLSH, który doceniając trud kobiet ufundował dodatkową nagodę dla najszybszej - ramę szosową Alien Olsh.
W pierwszym dniu Pętli wystartowało 121 zawodników, w drugim 119; całe dwudniowe zawody ukończyło 105 osób.

Źródło: Wrocławska Gazeta Kolarska

Galeria Organizatora

Galeria 2

Popularity: 5% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 12 lipiec 2008
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »

Marek Galiński najszybszy na Przełęczy Karkonoskiej

III Pętla Karkonosko-Izerska za nami. Bezapelacyjnym zwycięzcą imprezy został przygotowujący się do startu w Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie – Marek Galiński, który ostrzył sobie zęby na rekord wjazdu na Przełęcz Karkonoską. Dwudniowy wyścig zgromadził na starcie ponad stu miłośników ścigania na jednośladach.

III Pętla Karkonosko-Izerska rozpoczęła się w sobotę punktualnie o 10:00 w jeleniogórskich Cieplicach. Barwny kolarski korowód ruszył spokojnie w kierunku Piechowic, gdzie rozpocząć miał się pierwszy tegoroczny OS. Stamtąd trasa prowadziła do Świeradowa Zdroju. Zwyciężył murowany faworyt – Marek Galiński. Kolejne miejscowości, które gościły kolarzy to Gryfów Śląski, Czerniawa, Mirsk i Wojcieszyce. Szczególnie miło przyjęto zawodników w Gryfowie i Mirsku. Burmistrzowie tych miejscowości przygotowali dla kolarzy jagodzianki i ciasta – smakowały wybornie, szczególnie po takim wysiłku. Mirsk należy wyróżnić jeszcze z jednej przyczyny. W Czerniawie, gdzie kończył się etap z Gryfowa Śląskiego bardzo mocno padało, spadła temperatura. W Mirsku działano błyskawicznie. Kiedy za kilkanaście minut przemoczony peleton dotarł do tego miasta czekały już nań termosy z gorącą herbatą i kawą. To się nazywa błyskawiczne działanie! Pierwszy dzień imprezy zakończono w Cieplicach.
Teraz zawodnicy mieli kilka godzin na odpoczynek. Tego dnia przejechali ponad 140 kilometrów, ale dopiero w niedzielę czekało na nich najgorsze: morderczy podjazd na Przełęcz Kowarską, a potem walka z Przełęczą Karkonoską – jednym z najtrudniejszych podjazdów w kraju.

Początek drugiego dnia rywalizacji zaplanowano w malowniczo położonych Borowicach. Kolarze na rozgrzewkę przejechali do Łomnicy. Tam w pobliżu pięknie odrestaurowanego pałacu ruszał pierwszy tego dnia OS. Na zwiedzanie pałacu czasu oczywiście nie było. Przed kolarzami pierwszy tego dnia podjazd – na wspomnianą Przełęcz Kowarską. Pogoda przypominała bardziej tą znaną z Vuelta a Espana. Z nieba lał się istny żar. Pot lał się strumieniami. Zawodnicy byli straszliwie zmęczeni, niektórzy poddawali w wątpliwość chęć dalszej jazdy, ale za kilka minut zrezygnowanie ustępowało miejsca woli walki i wszyscy po szybkim posiłku zjeżdżali z Przełęczy w stronę Karpacza. Tam odbył się najkrótszy, bo ledwie trzykilometrowy etap Pętli. Przejazd z Dolnego do Górnego Karpacza, był ostatnią rozgrzewką przed Przełęczą Karkonoską. Peleton ruszył na walkę iście piekielnym podjazdem punktualnie o 15 z Podgórzyna. Na 10-kilometrowej trasie suma przewyższeń wynosiła ponad 800 metrów! Do pobicia rekordu trasy szykował się Marek Galiński. Do pobicia był czas, znanego chyba wszystkim miłośnikom kolarstwa, Dariusza Baronowskiego – 35’23”.

Grupa bardzo szybko się rozerwała, a Galiński pognał do przodu. Jechał niesamowicie. Nikt nie był w stanie utrzymać tempa naszego olimpijczyka. Jechał równo, mocno. Z kilometra na kilometr stawało się jasne, że dotychczasowy rekord jest zagrożony. Trzy kilometry przed metą zaczął najgorszy fragment podjazdu. Z samochodu prowadzącego Galińskigo na szczyt raz po raz krzyczano: „Dawaj Marek, dawaj!”. Galiński nie zwalniał, a kiedy po chwili nieco się wywłaszczyło jeszcze przyspieszył. Wydawało się, że nogach ma dynamit. Na szczyt wpadł na długo przed kolejnymi zawodnikami. Czas? Oczywiście rekordowy! Od niedzieli 6 lipca 2008 rekord wjazdu na Przełęcz Karkonoską wynosi 34’28”! Nagrodą za pobicie rekordu zgodnie z zapewnieniami organizatorów był szosowy OLSH Alin, ufundowany przez sponsora Pętli – firmę OLSH. Umordowani zawodnicy długo jeszcze walczyli z kilkukilometrowym podjazdem. Niektórzy do mety dochodzili prowadząc rower, ale zdecydowana większość zobaczywszy linię zwiastującą koniec wyścigu wskakiwała na rower, aby ostatnich metrów nie pokonywać pieszo. Wynagrodzeniem za trud były niesamowite, zapierające dech w piersiach widoki i brawa od licznych na górze turystów. Teraz trzeba było jedynie zjechać do Borowic, co jednak nie było wcale takie proste – należało zachować szczególną ostrożność. Brawura podczas zjazdu z Przełęczy Karkonoskiej mogła przynieść opłakane skutki. Oczywiście wszyscy bez problemów dotarli na dekorację najlepszych zawodników. Dwudniowe zawody ukończyły trzy zawodniczki i 121 zawodników. Startujących było jednak więcej, bo cześć zawodników zdecydowała się na start jedynie podczas jednego dnia imprezy.

Pętla Karkonosko-Izerska to duże przedsięwzięcie organizacyjne i logistyczne. Bez pomocy władz lokalnych, zaangażowania policji, straży pożarnej i służb ratunkowych dwudniowe święto szosowego ścigania nie mogłoby się odbyć. IV Pętla za rok, do pobicia wyśrubowany przez Marka Galijskiego rekord, ale z całą pewnością nie zabraknie i innych atrakcji, o które zadba Cezary Zamana. Teraz jednak głowę znakomitego kolarza zaprząta inna myśl. Przecież już w sierpniu (15-17.08) w Ełku odbędzie się Gwiazda Mazurska – trzydniowa impreza w rodzinnych stronach Zamany już teraz zapowiada się bardzo ciekawie. Wzniesienia na Mazurach „Garbatych”, stare mazurskie drogi, odcinki szutru, bruku, szlaki poprowadzone liniami brzegowymi jezior. To wszystko już za nieco ponad miesiąc. W Karkonoszach spotkamy się za rok.

Patryk Serwański

żródło: PKI

Popularity: 7% [?]

Autor: Gregory Wpisano: 9 lipiec 2008
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »

Wrażenia po Pętli Karkonosko-Izerskiej

Wybrałem się do kotliny jeleniogórskiej z kilku powodów: raz - że w tym zakątku Polski jeszcze nigdy nie byłem, dalej - kusząca perspektywa zaliczenia podobno najtrudniejszego podjazdu w kraju - w sam raz dla moich “góralskich” ambicji, również chłodna kalkulacja zdobycia kolejnych punktów do generalki.

Dobrawszy sobie kompana z Beskidów - Damiana, celem optymalizacji kosztów ;) wyruszyliśmy w piątkowe popołudnie by tuż po 23 zameldować się na kwaterze w Sosnówce. Przeczucia co do formy na dzień następny nie były najlepsze - Pętla Beskidzka sprzed niemal tygodnia “dała popalić”, a tydzień dzielący oba maratony ani nie pozwolił się w pełni zregenerować ani cokolwiek potrenować.

Na dodatek nie najlepiej przespana noc - to wszystko nie wróżyło dobrego wyniku… Zaplanowanie startu na 10 pozwoliło spokojnie zjeść śniadanie i przygotować się do startu, z małymi przygodami trafiliśmy do parku zdrojowego w Cieplicach: numerki, chipy i jesteśmy gotowi - powitanie przez pana Zamanę i już ustawiamy się do startu - na tym maratonie wyjątkowo jedziemy najpierw odcinek przejazdowy bez ścigania, potem tzw “OS” -
namiastka prawdziwego ścigania na zabezpieczonej trasie ze wspólnym startem - i tak na przemian.

Ruszamy - kierunek Piechowice - tempo w miarę spokojne, nie pcham się do przodu bo nie ma po co, na szczęście zaczyna się podjazd i powoluteńku przesuwam się do przodu - choć wiem, że formy brak to już mam pewność, że ostatni nie będę - “góralskie” doświadczenie i gabaryty mi to zapewnią choćbym nie wiem jak słabo pojechał - w końcu to góry. Na pierwszym OS pierwszy w miarę konkretny podjazd do Szklarskiej Poręby - znowu mijam kilkanaście osób.. które potem mijają mnie na zjeździe do Świeradowa.

Wieje lekki wiatr w twarz i ja z moją wagą niemal “małyszową” nie umiem się rozpędzić więcej jak 35km/h - co prawda mógłbym wskoczyć do któregoś z mijających mnie “pociągów” ale kilka nieudanych prób uświadamia mi, że może mnie to kosztować sporo sił - więc odpuszczam i zapada decyzja - dziś jadę “na przetrzymanie” - wszak jutro dzień drugi, znacznie cięższy. Teraz już bez żalu tracę cenne sekundy by się zatrzymać i podnieść zgubiony przez kogoś pulsometr - po chwili oddaje go szczęśliwemu właścicielowi i spokojnie dojeżdżam na metę w Świeradowie - finałowe 500m podjazdu nie robi na mnie większego wrażenia - wciąż nie jestem ostatni…

Przejazdówka do Gryfowa iście rekreacyjna - start - wręcz przeciwnie, zostaje niemal na samym końcu - dwóch Bernardów, Henryk, Irena - mówię jej pół żartem - pół serio, że dziś “pojedziemy sobie razem”.

Potem następuje cała “seria niefortunnych wypadków” gdzie tracę cenne minuty: zaczyna padać więc staję by założyć kurteczkę (niestety nie posiadłem jakoś umiejętności zakładania jej “w locie”) - spadam na absolutny koniec - jestem nawet za wozem z napisem ‘koniec wyścigu’ - gorzej się już nie da… doganiam kolumnę i po chwili.. Bernard tuż przede mną ma kraksę - leży na wznak na zakręcie - przyzwoitość nakazuje się zatrzymać, na szczęście tuż za nami jest karetka, pomoc już w akcji więc jadę dalej.. doganiam Irenę, zostawiam ją na podjeździe, i… zatrzymuję sie na “siku”.

Reszta dnia w sumie nie warta komentarza
- ostatecznie jestem 7… od końca, jakimś cudem ktoś jeszcze z M3 jest za mną. Na mecie pierwsze rozczarowanie organizacyjne - za kupon na posiłek dostaję.. dwie bułeczki z wędliną i szynką… trochę skromnie jak na wysokość wpisowego. Udaje sie na spoczynek targany wątpliwościami co będzie jutro - zgon czy reaktywacja?

Niedziela wita nas pięknym słońcem, które napawa lekkim optymizmem, szykuje się do startu ograniczając ekwipunek do absolutnego minimum. Musimy opuścić kwaterę więc ustalam z Damianem, że wkładam rower do auta i jadę na start a on pedałuje… w sumie to tylko 6-7km tyle co w sobotę do Cieplic - tylko, że okazuje się że jest to cały czas podjazd - jest mi wręcz głupio, że wystawiłem kolegę do wiatru - na szczęście wjechał “na miękko”, zdążył na start i tylko zrobił sobie rozgrzewkę.

Start i przejazdówka do Łomnicy - rozkoszny zjazd do Sosnówki i równie rozkoszna ścieżka rowerowa wzdłuż drogi na Kowary - całkiem serio, oby więcej tak poprowadzonych i wykonanych ścieżek. Pierwszy OS i na reszcie zaczynają się prawdziwe góry - odżywam, nogi bolą ale kręcą, płuca, oddech - bez problemu. Mimo, że na starcie zostałem tradycyjnie prawie na samym końcu, do przełęczy Kowarskiej wyprzedziłem kilkudziesięciu rywali w tym kilku “dających z buta” na samym końcu.

Czuje, że będzie dobrze, reaktywacja, nomen omen - odrodzenie… czekam z niecierpliwością na finałowy odcinek. Zjazd do Karpacza, oczekiwanie na drugi tego dnia OS ciągnie się niemiłosiernie.. startujemy.. ja znowu w ogonie i znowu pod górę mijam kilkanaście osób, może więcej … jest dobrze. Wreszcie jesteśmy w Podgórzynie, czekamy na start do finałowego, widać, że wszyscy już nieźle zmęczeni, ja wciąż o dziwo czuje się co najmniej nieźle… Henio z Wałbrzycha z kompanami odwiedza nasz maraton - czyżby też chciał zaliczyć Karkonoską? Jeśli tak - to pełen szacunek - jak zwykle zresztą, wszyscy wiedzą o co chodzi.

Optymizm miesza się z obawami - jak trudny jest ten podjazd - wjeżdżałem już na ściany “sub 30%” ale ile tego tam jest? wreszcie startujemy.. z tych emocji popełniam fatalny błąd - zapominam wcześniej zrzucić łańcuch na małą tarczę i mści się to zaraz po sygnale, staję w miejscu, ruszam, znowu jestem prawie ostatni.. Ale nic to.. dla dodania otuchy i mobilizacji wymyślam zabawę - będę sobie liczył kolejnych wyprzedzonych rywali. W tym miejscu pragnę przeprościć wszystkim, którym ta zabawa mogła się wydać.. mało zabawna - to było mi naprawdę potrzebne.. Szacowałem, że naliczę 30 osób.. przestałem liczyć przy 57… wjechałem… nie zszedłem… minąłem kilku wycinaków “zapodających z buta”… Czas na przełęcz niemal równa godzina.. 60 na 121, w dwudniowej generalce kilka oczek od góry: 90 na 105 sklasyfikowanych, mogło być lepiej, a było jak zwykle…

Na mecie znowu bułki - odpuszczam i udaje się na rozpaczliwe poszukiwanie czegoś ciepłego do zjedzenia - rzutem na taśmie się to udaje, wracam na dekorację - i tu znowu kilka rozczarowań - inaczej niż zawsze nie ma “tomboli” a fanty wręczane są zwycięzcom poszczególnych kategorii.. w sumie zasłużyli.. niech im dobrze służą.

Wreszcie nadchodzi najbardziej “medialny” moment całej imprezy - wręczenie panu Galińskiemu nagrody za pobicie rekordu wjazdu na przełęcz - rower od sponsora - od razu widać, że za duży dla naszego olimpijczyka ale nie zraża go to wcale… nawet fakt, że rekord został pobity na… krótszej trasie… no comments.

Do domu wracamy z mieszanymi uczuciami… niby wszystko fajnie, wszyscy zadowoleni i uśmiechnięci.. ale.. Ja rozumiem, że jak impreza jest organizowana przez tak znaną osobę jak pan Zamana to trochę szumu medialnego musi być, tylko jak dla mnie tego szumu trochę za dużo a za mało uwagi dla nas - zwykłych maratończyków. Gdybym miał wybierać to wolałbym dostać ciepłą zupę na mecie niż zabezpieczenie trasy.. mnie to bez różnicy - ja i tak patrze przed siebie i uważam co robię.

A co do pana Galińskiego - chwała mu za to, że jest w formie, niech przywiezie medal z Pekinu.. tylko czy to dla niego taka satysfakcja wygrać “z całą bandą amatorów”, zaledwie o kilka minut, na dodatek korzystając z formalnie zabronionej pomocy z wozu technicznego… na finałowy podjazd dostał specjalnie przygotowany rower i skróconą trasę.

Trochę rozżalony..
TT vel Tozik
Beskidy

Popularity: 8% [?]

Autor: greten Wpisano: 8 lipiec 2008
Kategorie: PucharPolski, aktualności | bez komentarzy »