Piąte okrążenie Kotliny Kłodzkiej

Piąty Klasyk Kłodzki już stał się historią Pucharu Polski w Maratonach Szosowych - jubileuszowy. Rekordowa liczba maratończyków stawiła się na zielenieckim stoku. Większość z Nich, tych mających w pogardzie swoje metalowe cudeńka oraz swoje ciała, oczekiwała tego startu od miesięcy.

Wszak Klasyk Kłodzki to już legenda polskiego amatorskiego kolarstwa XXI wieku. To ostateczna próba dla fizycznej wytrzymałości, psychicznej odporności, umiejętności jazdy oraz perfekcji przygotowania sprzętu. Żaden Supermaraton nie budzi takich emocji, nie pozostawia takich wspomnień.

Rzut oka w kroniki i widzimy, że dwie pierwsze imprezy organizował zespół pod kierownictwem Agnieszki Włodarczyk a trzy kolejne zmontował team Katarzyny Michalik. Nie można tu nie wspomnieć architekta pierwszej klasycznej trasy z 2004 roku Grzegorza Grabca. Trasa ulega korektom co roku, ale pętla giga przewleka się przez te same przełęcze, które wskazał kiedyś w szalonej wizji Grzegorz. W tym roku miejsce startu po raz pierwszy nie zmieniło się.

Przez te lata o Klasyku było głośno ze względu na skrajne warunki atmosferyczne. W 2004 roku panowały w Kotlinie jesienne chłody a w 2006 włoskie upały. Z uciążliwością aury kłodzkich sobót mogą konkurować tylko gryfickie. Ale to nie szalona pogoda przyciąga tu maratończyków. Magnesem są cudowne widoki Ziemi Kłodzkiej - panorama z Zieleńca i Złotego Stoku, Srebrnej Góry, łąki na Puchaczówce, skały na podjeździe pod Lisią, Szczeliniec, panorama Bystrzycy Kłodzkiej.

Jest jeszcze COŚ niesamowitego na Klasyku Kłodzkim. Przez jednych znienawidzony, opluwany, przeklinany - przez drugich traktowany z fascynacją, która pcha do szalonych czynów - niebezpieczny w każdej postaci - “przez niego” przelewano na nim krew, niszczono kaski, koła, widelce, opony, że o dętkach i klockach hamulcowych nie wspomnę - tym czymś niesamowitym na Klasyku jest ASFALT, czymś magicznym jest jego brak na pewnych odcinkach. W ciągu tych lat mieliśmy każdy rodzaj nawierzchni na trasie.

Miałem to szczęście, że mogłem uczestniczyć we wszystkich pięciu pełnowymiarowych rundach giga wokół Kotliny Kłodzkiej. Preferuję samotną sportową walkę i cenniejsze są dla mnie te lokaty w czwartej piątce maratonów górskich niż te w pierwszej dziesiątce maratonów płaskich, które zdobyte zostały przede wszystkim dzięki grupowemu wysiłkowi. W górach muszę liczyć tylko na siebie. Okoliczności przyrody, bliskość od domu, atmosfera i magia miejsca sprawiają, że Wielkie Górskie Pętle to moja specjalność.

W tym roku mieliśmy całkiem fajną pogodę. Ten deszczyk rano nie mógł zrobić na mnie wrażenia po tym co przeżyłem po Ultramaratonie w Puławach gdzie przejechaliśmy przez oberwanie chmury, nocną burzę oraz dwie pomniejsze ulewy z piorunami a wszystko w przeciągu kilkunastu godzin na odcinku ponad 300km. Nie ma złej pogody na rower? Potrzebna jest determinacja i właściwe dobrane ubranie. Można być mokrym ale nie wolno zmarznąć. Tak właśnie udało mi się przejechać początkowe kilometry KK 08.

To miała być luźna wycieczka trwająca nawet ponad 10 godzin. Passa trzech wcześniejszych udanych startów dawała mi pełne pojęcie jak daję sobie radę na KK. Pewnie przez deszcz, mały chłodek i przemoczenie postanowiłem jednak robić podjazdy „na maxa”. Natomiast zjazdy miały dostarczać jak najwięcej przyjemności przyprawione tylko lekką nutka ryzyka i z wielkim szacunkiem dla sprzętu, który przyda się pewnie na Imagisie. Dla komfortu psychicznego wziąłem na Klasyk zestaw kół „B”. W rezultacie przeżyłem kolejny cudowny maraton i wykręciłem czas mieszczący się w mojej normie.

A inni nie mieli tyle szczęścia. Pewien bardzo doświadczony maratończyk przeleciał pod Łaszczową przez kierownicę hamując za mocno. Drugi weteran prawie wyeliminował się ze stawki kolarzy gdy kontynuował jazdę nie mając tylnego hamulca a z przodu dysponując 15% mocy hamowania. Na mecie KK każdy ma swoją niesamowitą przygodę. Ja przekonałem Acerolę, że należy wyjechać z Kłodzka tak jak było narysowane na oficjalnej mapie wiszącej w biurze zawodów. Co tam strzałki!? W efekcie pobłądziliśmy w rejonie Ławicy ale jakimś cudem jadąc w ślepą drogę asfaltową i dalej kamienistą ścieżką w dół doliny rzeki przebiliśmy się wprost na most w Młynowie. Mapa Targeo pokazuje dystans koło 900m krótszy ale my musieliśmy sporo czasu stracić bo doganiałem potem drugi raz Grigorego, co wielce zdziwiony był tym faktem.

To był najlepszy Klasyk z dotychczasowych? A tak! Trasa giga poprowadzona idealnie. Podjazd pod Spaloną troszkę łatwiejszy niż rok temu ale za to ładniejszy ze względu na otoczenie. Między Srebrną a Lisią tegoroczny wariant trasy zdecydowanie trudniejszy. Pogoda różnorodna ale w tych warunkach jestem przekonany, że pod każdą przełęcz zrobiłem rekordy życiowe. W bezpośrednim pojedynku w bardzo dobrym zawodnikiem na podjeździe na Lisią i Zieleniec wygrałem – tak pewnie nie był formie – ale w open mi dołożył.

Organizacja - perfekcja. Pomysł Pucharu Rodzinnego – super. I ten Gościu na mecie, który wszystkich znał i coś tam fajnie starał się dogadywać! Kto to? To Musaszi, który zamienił łopatkę na megafon. To wszystko uczyniło tę imprezę i jej klimat wyjątkowymi – niepowtarzalnymi.
Dziękuję Wszystkim za 5 x KK!

Adam 117 Filipek

Zdjęcie z galerii zamieszczonej na stronach Wrocławskiej Gazety Kolarskiej.

Popularity: 9% [?]

Autor: greten Wpisano: 18 sierpień 2008
Kategorie: relacje | bez komentarzy »

REBE NA KK

Czyli w tym roku się udało!

W garażu wsród sterty rowerów , małego worka medali z rozmaitych imprez sportowych wisi duza kartka z napisem “MARZENIA DO SPEŁNIENIA”. Jest to trasa Klasyka Kłodzkiego z rozrysowanymi przełęczami. I tak se wisiała od trzech lat.

Dwa lata temu się rozbiłemjuż w Dusznikach. W zeszłym roku dośc ciężki wypadek tydzień przed. W tym roku zapalenie ucha i okostnej ,tydzień na antybiotykach i zaliczony klasyk na Full. Nie mogło byc inaczej, 13 odczyniła uroki.

Założenia miałem piękne , czyli najgłupsze z możliwych. “Przejechac megatrasę lajtowo’ No nic głupszego. Ruszyłem spokojnie, nie patrząc jak gonią inni ,ostrożniena zjazdach ,ale na Spalonej zaczynam umierac ,i ta natrętna myśl - gdzie ty się stary ośle pchasz. Przetrwałem , warto było .Potem już tylko lepiej ,dużo jem i piję ,nie żyłowane podjazdy mijają pięknie.

Puchaczówka - bez wrażenia , zjazd do Kłodzka- poezja( luzne kawałki asfaltu latające kazdy sobie mają swój urok) Na rozjeżdzie nie było wahania ,tylko chwila dumy - nie doszli mnie zdrowi kumple- a obiecali gonic. Srebrna oczywiście pobrałe swój haracz i dalej już cienko.I tu wspaniała sprawa - kumple. Bez nich nie miała by sensu żadna impreza. Od początku Benio Gubała i Krzysio Gonzol . Benio po 150 km zaniemógł,ale Krzys i Waldek Kwiecień byli tymi z którymi jechałem do końca.

Po ostatnim bufecie jeszcze żyłem , Lisia muliła mnie bardzo ,najgorsze były dla mnie pozornie łatwe kilometry z Kudowy do wjazdu na Zieleniec . Dłużyło się cholernie ,cały czas młynek ,a droga nie ma końca. Paradoksalne ,ale odżyłen na podjeżdzie pod Zieleniec - wiedziałem co mnie czeka. Na najcięższym podjeżdzie halt , wciągnąłem żelka , poprawiłem bananen, odzyskałem wzrok i cały w skowronkach pognałem do mety . to znaczy , chciałem pognac ,ale chyba to tak nie wyglądało. Na mecie - Musio i Kaśka któej gdybym miał choc trochę sił z radością i dziką satysfakcją ukręciłbym łeb.

Na imprezę po zawodach nie miałem sił, potulnie do samochodu, kąpiel i spac.

Marzenia się spełniają ,trzeba tylko miec cochones na swoim miejscu.

Wielkie dzięki dla orgów - oznakowanie perfekt, jedzonko cacy i niepowtarzalna atmosfera. To ,że będę przyjeżdżał ,wiadomo. Z Włocka było 8 osób. Obiecuję więcej, bo im się też podobało -nawet Tomkowi.

Kasiu czekam na więcej. malkontentami się nie przejmuj.

Piotr Rebe Zielinski najsławniejsza “13″ KK

Popularity: 9% [?]

Autor: greten Wpisano: 12 sierpień 2008
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »

MÓJ PIERWSZY KK

Wrażenia po, czyli chyba lepiej być nie mogło

Jako że jestem początkujący to na ten sezon planowałem tylko Trzebnicę, Leszno i Istebną, które zgodnie z planem zaliczyłem. Jednak za namową mego brata, bardziej doświadczonego maratończyka, postanowiłem się wybrać na KK. Jako że zawsze jadę mini a tylko w Istenbej pojechałem mega i był to mój rekord życiowy tu też chciałem jechać mini.

Na KK wybrałem się z bratem i bratową. Brat oczywiście na giga, bratowa mini, więc ja musiałem mega żeby mieć szanse w pucharze rodzinym. Do Zieleńca przyjechaliśmy w piątek pod wieczór i grzecznie udaliśmy się odebrać numerki a następnie na odprawę. Po odrpawie do pokoju kolacyjka, jedno piwko na sen, siusiu, paciorek i spać.

7:00 pobudka i lekka załamka po wyjżeniu za okno. Ale co tam mogło być gorzej, mogło lać a tu tylko zimno i mgła :) Brat startuje 8:21 jeszcze pogoda spoko. Ja mam start 8:54. 8:40 już ubrany gotowy do jazdy wyglądam za okno…. pada. Cholewcia, nie jest dobrze. Udaję się start, od noclegu mam jakieś 150m i co raz mocniej pada.

Na starcie jeszcze się gryzę i zastanawiam czy to ma sens. Wszyscy już gotowi do startu. Podchodzi jakiś koleś i rezygnuje ze startu. Wszyscy sobie z niego żartują, że cienias i …. O nie w tym momencie nie mogłem zrezygnować.

8:54 startujemy, deszcze leje co raz mocniej. Piękny zjazd w dół ale ja powoli bo nic nie widzę a z moimi slickami też nie będę szalał. Leje co raz mocniej. Myślę sobie, że jak do Bystrzycy nie przestanie padać i nie wyjdzie słońce jadę mini. No i jescze licznik szaleje co chwilę nie ma sygnału i ekranik zalany wodą co raz słabiej widać. Ale jest nieźle. Do pierwszego bufetu średnia 28km/h a wcale nie grzałem.

Jakieś 3km przed Bystrzycą suchutko i świeci słońce. Wszystki smar dawno się wypłukał i wszystko skrzypi ale cóż, jedziemy mega. Po drodze jeden kryzys dokładnie w połowie trasy ale jakoś sobie poradziłem. Miło zaskoczony faktem, iż na PK między Lądkiem a Złotym Stokiem panowie mieli olej i mój rowerek już nie wydawał odgłosów jechałem dalej.

Ostatni bufet na mega, chwilę sobie poleżałem, zjadłem 2 drożdżówki uzupełniłem bidon i w drogę. Asfalt…. przepraszam tam nie było asfaltu. Droga do bani. Jestem w Kłodzku, potem droga przez wioski i dojeżdżam do Polanicy. Przegapiłem skręt w lewo ale na moje szczęście ktoś przede mną też. Spotkałem tego pana jak wracał. Na szczęście zdążyłem tylko 200m przejechać. Wróciliśmy, znaleźliśmy skręt i ruru….

Następny odcienk podjazd pod Bobrowniki. Ogólnie spoko choć momentami było ciężko. Wg mapki od szczytu do mety miało być 13km. Na górze powiedziano mi, że do mety jakieś 10km. Myślę se lajcik. Ponieważ mój max to 150km w Istebnej a tu już miałem ponad 160km to jadę lajtowo.
Podjazd do Zieleńca po lajcie, po lajcie i jest meta……

Czas coś około 9:40, nie widzę bo mój licznik ledwo działa i nic nie widać. Grunt, że nabił dystans. Bratowa myknęła mini w 6h. Czekamy jeszcze na brata. Zjadłem posiłek regenracyjny i poszedłem się umyć. Potem jeszcze posiedzieliśmy w Szarotce zjedliśmy kiełbachę, wypiliśmy piwko i spać.

Niedziela rano idę zobaczyć wyniki. Jedyne co mnie interesowało to puchar rodzinny bo ja cienias jestem i zawsze na szarym końcu. Wchodzę do biura a tu karteczka, że wyniki rodzinnego będę dopiero na rozdaniu pucharów. Oki, patrzę na wyniki indywidulane i…. 5 na 8 starujących i 7min straty do 3 miejsca i pudła.

Myśle sobie, że jakbym nie leżał na bufecie, jakbym nie zatrzymyał się w sklepie po parówki….. Idziemy na teletombolę i rodzanie pucharów. Znowu nic nie wylosowałem. Zresztą brat z bratową też. Okazuje się, że wręczają dyplomy od 6 miejsca. Myślę se fajnie dostanę dyplom.

Rozdają moją kategorię M2 mtb mega i…. okazuję się, że była pomyłka, jestem 4. a do pudła tylko 4 minuty straty. I wreszcie moment na który wszyscy czekali. Wszyscy tzn cała moja rodzina która była na rozdaniu czyli jakieś 8 osób. Ogłoszenie wyników pucharu rodzinnego. 3 miejsce… nie my. 2 miejsce…. rodzina Tomczak. Cóz za euforia, cóż za emocje, radość. Tłumy szaleją…. eh rozmażyłem się. Tylko czemu jeden puchar dla nas 3 ???? Ale co tam liczy się, że w kronikach KK będzie zapisane.

Podsumowując. Pojechałem na KK bez jakichkolwiek nadzieji na dobre miejsce, byle dojechać do mety. A wracam do domu z dyplomem za 4 miejsce w kategorii i 2 miejscem w pucharze rodzinnym. Czego więcej oczekiwać, to dopiero mój 5 start w imprezie z cyklu PP.  Teraz tylko czekać aż PePe zaktualizuje wyniki generalki :).

Pozdrawiam i do zobaczenia za rok.

chstr

Popularity: 7% [?]

Autor: greten Wpisano: 12 sierpień 2008
Kategorie: PucharPolski, relacje | bez komentarzy »